Neoluddyści ery Web 2.0

„Co tam słychać na tych pańskich Internetach panie Jacku” zwykła mawiać do mnie prezes pewnego wydawnictwa w którym pracowałem, w 1999 /2000 roku. Pisma i pani prezes już dawno nie ma w biznesie. Niech to będzie najlepszym komentarzem do…

Internet to samo ZUO, Web 2.0 to degeneracja kontaktów ludzkich. Nic nie zastąpi staromodnych narzędzi takich jak kartka i długopis. Wszystko nadal możemy zastopować, wrócić do epoki kopalni i wielkich hut stali takich z piecami martenowskimi. Połączmy swoje siły – Ci wykluczeni, a raczej Ci których pojmowanie dzisiejszego świata zatrzymało się na „starych dobrych czasach”.

zdj.3.ekol.jpg
„Te Internety trzeba zniszczyć – NAPALMEM!”

Właśnie, jakich starych dobrych czasów. Czy tych sprzed trzeciej fali ogłoszonej przez Tofflera, albo może tych sprzed „rewolucji przemysłowej”? Może tych, gdzie komunikacja marki z konsumentem odbywała się jednokanałowo na zasadzie monologu lub gdzie klient był tylko petentem oczekującym niecierpliwie na kolejny model Forda T w kolorze czarnym.

Podobno rolnictwo lub tradycyjny biznes, staromodna produkcja rzemieślnicza czy przemysłowa ma się nijak do dzisiejszych narzędzi. Podobno nie da się połączyć wody z ogniem? Nic z tych rzeczy, bo narzędzia typu Facebook, Twitter czy blogi znakomicie pozwalają rewitalizować każdego przedsiębiorcę, przywrócić ducha przedsiębiorczości i otworzyć go na nowe rynki. Tylko w ten sposób, stosunkowo niewielkimi kosztami można dotrzeć do rynków, które kiedyś były „zamknięte” lub niedostępne. Każdy dysponując polaczeniem do Internetu, komputerem i podstawową (nie wyszukaną) wiedzą może konkurować na równi z innymi. Może pchać swój biznes na szerokie wody.

Na swoją skalę, w swojej niszy, mając niewielki kapitał ale pomysł i chęć do sprzedaży oraz spełniania potrzeb klienta może osiągnąć sukces. Takich przykładów są dziesiątki, zwłaszcza w obecnych czasach recesji/kryzysu. To mali przedsiębiorcy, niekoniecznie zajmujący się nachalnym klonowaniem rozwiązań WEB 2.0 ale korzystających z nich dowoli na swój sposób są prawdziwymi wygranymi. Jeszcze tego nie widzimy, oczekując (typowe dla tzw. branży) spektakularnych sukcesów lub też wielkich kampanii promocyjnych przeprowadzanych przez duże, międzynarodowe firmy i koncerny. Jednak obok, bez rozgłosu wyrasta cała rzesza mikro i tych poważniejszych przedsiębiorców, jednoosobowych firm które już dawno korzystają z dobrodziejstw „trzeciej fali”.

Wegetuje też rosnąca rzesza ludzi, którzy nie załapali się na ten pociąg, nie rozumiejąca zmian które zachodzą. Chamstwem i odrzuceniem maskując swój strach i niezrozumienie. Lecz nie przejmujmy się tym, po prostu „róbmy swoje” jak śpiewał Młynarski. Czas pokaże kto miał słuszność ;) Neoluddyści na pewno mają policzone dni i stąd ich tak wielka nerwowość.