Ile powinna kosztować reklama na blogu?


Tagi: , ,


Temat reklamy na blogach wzbudza kontrowersje, tak jak zarobki blogerów. Zatem jak się wyceniać i jak wycenić to mogą agencje i firmy zainteresowane tego typu działaniami.

Zacznijmy od tego, że blog i bloger to marka. Marka na którą pracuje się pewien czas, nie jest to tydzień, dwa czy miesiąc. Kilka lat, zanim stanie się on rozpoznawalny, cytowalny, opiniotwórczy i zacznie żyć w szerszym „ekosystemie”. Wiarygodność, to praca na pełny etat, kilka godzin dziennie, ekstremalnie na jak normalnie w biurze – 8/10h. Przeciwnością jest, taktyka „skandalu” czyli taktyka szybkich liczb. Szprycowania się sterydami, których trzeba brać później coraz większe dawki. Ale nie o tym…

Weźmy przykład tego bloga (analogie możemy później wziąć do innych branż), jak realnie wycenić działania reklamowe jeśli miały by tutaj funkcjonować. Zacznijmy od „zasięgu” czyli czytelnictwa. Przeciętnie ten blog generuje 15-18 tyś UU miesięcznie ( w tym miesiącu będzie to ok. 40 tysięcy UU /czytelników). Jest to liczba bliska sprzedanym nakładom pism o tematyce związanej z marketingiem, PR czy komunikacją. Nie mówię o drukowanych nakładach, gdzie wiemy że znaczna część pism idzie na przemiał. Liczy się czysty kontakt z tekstem, gazetą i magazynem kolorowym.

Liczby zatem podobne, a ile kosztuje reklama w gazecie branżowej czy lifestyle – powiedzmy całostronicowa, pół stronicowa, product placement, wywiad z prezesem czy dyrektorem kreacji? Kilka tysięcy za jedno wejście. Mamy z tym problem? Jeśli dział sprzedaży jest obrotny, kilka takich reklam sprzeda miesięcznie. Przychód spokojnie powyżej 10-15-20 tysiecy na czysto, licząc bardzo ostrożnie per tytuł.

Obok zestawiamy ten blog: czy dotarcie do podobnej liczby audytorium, a nawet wielokrotności nie jest warte kilku tysięcy pln. Nawet jeśli kosztowałoby to 2 tysiące za artykuł w stylu wywiad czy zaprezentowanie case kampanii. Dużo? W końcu liczy się kontakt z komunikatem, cyfra – którą w przypadku bloga można dobrze zmierzyć, widząc ile osób przeczytało dany artykuł czy skomentowało. W przypadku prasy, jak zmierzymy ile osób zapoznało się z danym artykułem – połowa, 20%, a może mniej. O jakich cyfrach wtedy mówimy. Ułamkach zawartych na papierze.

Ktoś powie, ale można „za darmo” zaprezentować case lub wywiad o agencji, marce na portalach tematycznych lub na stronie „kopiuj i wklej”. Tak można, z tą różnicą że na blogu przez wiele dni jest to „temat dnia”, a nie 150 artykuł który ginie na stronie przez co zmniejsza się ilość kontaktów. A przecież właśnie chodzi o ilość kontaktów. Agencje, marki narzekają że nikt nie chce z nimi rozmawiać, pisać o ich kampaniach, że mają utrudniony PR.

Zadam pytanie, a próbowały wychodzić do świata i szukać innych możliwości zareklamowania się? Jakiś czas temu proponowałem, że za darmo będę tu umieszczał materiały, nawet konkurencyjne. Jaki odzew? Nikły. Wstydzimy się swoich kampanii, wywiadów, osób? A może chcemy za nie po prostu płacić. Nie rozumiem tego mechanizmu, mimo iż wielokrotnie zapraszałem na łamy bloga. Niektórzy skorzystali, wystarczy sięgnąć do archiwum (wywiady, case).

Skoro tak ułatwię sytuację, od dzisiaj proponuje by każda taka forma obecności na tym blogu była płatna. „Darmowe obiady” – najwyrażniej nie działa. Gdy ludzie za coś płacą, zaczynają bardziej szanować. Więc… i tak nie tracę, że takie teksty będą czy nie (teraz ich praktycznie nie ma, jakoś tego nie żałuje i nie zabiegam przesadnie). Z tą przewagą dla artykułów na blogach, że żyją one tak długo jak są na blogu i pozycjonują się w google

Proponowany cennik (potraktowany na light):
Wywiad – 2500 + VAT
Case – 2000 + VAT
Konkurs angażujący czytelników – 2500 + VAT
Oznaczony artykuł sponsorowany – 2000 + VAT
Dodatkowo płatne – zajawienie artykułu na Facebook – 500 + VAT.
Inne aktywności, wyceniane indywidualnie

Słabo. Skoro płaci się za reklamę w prasie grube tysiące, dlaczego nie ma się płacić za reklamę na blogu? Jest jakaś różnica. Ja jej nie widzę. Jest audytorium, jest marka tego miejsca.

Target grupa? Wysoko profilowana, zamożna, wielkomiejska, zasobna. Do której też można docierać z produktami lifestyle, aspiracyjnymi czy luksusowymi.

A teraz pomyślmy dalej…

Płacimy za „formaty reklamowe” na blogach: szafiarskich, modowych, lifestyle, Kominku. Mamy jakieś opory, czy nie. Liczymy czy te 10-20-30 tysięcy wydane na dużą akcję reklamową, to dużo czy mało? W końcu liczy się dotarcie do grupy celowej, porównywalne lub większe do prasy, do telewizji tematycznej czy magazynów kolorowych. Dodatkowo „hype” który jest generowany przez marki blogerów i ekosystem w którym się znajdują.

Zatem, po co przepłacać za reklamę w tygodniku opinii, piśmie modowym czy podróżniczym. Skoro na blogach ta reklama wciaż jest 2-5-10 krotnie tańsza w zależności od kategorii produktowej. Kwestia podjęcia mentalnej decyzji, że można inaczej dotrzeć do grup celowych. I wtedy potraktować blogi, tylko albo aż jako nośniki reklamy. Bez zbędnego patosu i atmosfery plotek dot. „bogactwa blogerów”. Nawet jeśli je osiągną kiedyś (może), to będzie kwestia ich pracy i ich ryzyka które ponieśli w którymś momencie. Blogów są setki, tysiące. Przebijają się tylko te które mają pomysł na siebie, osobowość blogera. I to jest walutą, za którą płaci się w tych miejscach. Zwłaszcza jak nasze audytorium (target grupa) przestaje czytać prasę i oglądać TV. O „wpływowości” czy „opiniotwórczości” nie wspomnę…

Blogi to bańka? Zależy jak na to się patrzy… jeśłi to jakiś zamiennik prasy czy TV, to alternatywa jest prosta

PS. Bloger płaci podatki, wiec 19% zjada na dzień dobry skarb państwa.

PS2. Czy artykuł jest autoironia?  odpowiedzcie sobie sami.

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 1556 dni temu dnia ·
  • http://www.facebook.com/kuc.adriano Adriano Kuc

    A więc jeśli mam połowę Twoich odwiedzin na http://www.gryfabularne.blogspot.com mogę brać połowę proponowanych kwot przez Ciebie (śmiech)? 

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Jeśli znajdziesz kupca na formaty reklamowe ;)

  • Łukasz Klik

    Jeśli zrobiłeś się produktem, to pamiętaj, że masz otoczenie konkurencyjne i alternatywy.
    Do nich też musisz odnieść ceny i przyjdzie Ci stosować dumping :)

    Poza tym, target który wskazujesz to „klienci uświadomieni, nie korzystający z reklamy – jako źródła wiedzy”. (tak się czasem tłumaczy niechęć do blogów)

    Itp, itd, etc. To nie tak hop siup :)

    Z drugiej strony – nikogo nie interesuje, żeby badać gwiazdy socjometryczne, redystrybucję treści reklamowej itp Dlatego dla planujących media istotne są zasięgi 50k uu < (żeby dały się obronić przed klientem).

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Konkurencja. Tak, jak najbardziej. Ale zalezy jaka ma sie TG. Konkurencje rozpartywałbym w tym znaczeniu oraz samej marki.  Poza tym zawsze jest „dealowanie”, pakiety, etc Wiec kwestia już rozmowy z konkretna firma czy agencja.
      Dumping? Już był – zero pln, nie przynosi żadnej korzyści a dewaluuje produkt.50 tyś UU mam w zasiegu reki. Ale to wyjście poza grupe, wiec nie wiem czy te +30 tyś (ze sredniej 20 tys UU), stanowi „wisienkę”. Jakoś nie jestem przekonany, do tego by walczyć o wiecej UU, bo krzywa „przychodow” nie wzrośnie +150%.I tak mowimy tu o jakiś groszach, w porownaniu do „budzetów mediowych” które pewnie masz na mysli.  Więc to nie do planerów oferta, raczej gdzie indziej (nie ta wielkość). Swoja drogą byłbym ciekaw, jak Kasia Tusk dostałaby się „na stoły planerskie” (bez podtekstu).

      • Zeno

         Zycze ci powodzenia w tym eksperymencie, czy ci sie uda. Bede obserwowac. Ale masz racje, za darmo sie umarło!

  • An

    jesli Carmex przysle ci blyszczyk (i kase), a Ty ani slowem nie wspomnisz, że był to „prezent” (mimo, iż jednocześnie 10 innych blogerów o nim nagle mowi) – odejdę.

  • http://destylator.at/ Destylator / adam

    Masz rację, ale przeceniasz skalę. Primo: samo UU to za mało. Czas spędzony na stronie + kilka innych stat dopiero daje jakikolwiek obraz.

    Secundo: skoro target to świadomi i wymagający, to też dla nich nie może to być byle artykuł sponsorowany (pomijam już banery i adblocka), bo takie coś po pierwszych kilku publikacjach zostanie potraktowane jako  kolejny baner i po udopornieniu się na niego omijany szerokim łukiem.

    Z drugiej strony takie podejście twórców blogów powoli stawia ich na równi z etatowymi dziennikarzami. To już nie jest „pasja”, tylko biznes. Biznes = odpowiedzialność i rzetelność. To ostatnie z kolei != emocjonalne wycieczki i subiektywność. Idąc dalej, bez subiektywnych opisów ucieka wiarygodność wśród czytelników… koło się zatacza.

    • Zeno

       Dlatego nie jest to jak widać prosta sprawa. Wyedukowani odbiorcy, sa bardziej wybredni. Wiec autor tego bloga musi sie postarac o madre formy reklamowe lub formaty  tekstow, aktywacji czytelnika.

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Pozostałe staty też mam ok, bo TG jest zwarta i jest powracająca. 

      Dla wymagających, raczej stosowałbym ciekawe formaty reklamowe, a nie okepankę o której wspominasz. Wiarygodność i rzetelność (moja w tym przypadku), to też lepiej dla potencjalnych reklamodawców.

  • http://www.facebook.com/pawel.kuzma Paweł Kuźma

    Wiele firm chciałoby skorzystać z tego typu promocji tj: posty sponsorowane. Blogosfera jednak jest bardzo rozproszona i często wymaga to nie lada wysiłku zebranie grupy blogerów aby napisali coś o danej Marce. Nie wspomnę, że kwoty typu 2000 zł + VAT równie mocno odstraszają wiele średnich firm. Na tego typu stawki stać tylko duże firmy, które mają budżety reklamowe dużo dużo większe. Reklama na blogach raczej nie należy do pierwszego wyboru formy promocji.

    Dodatkowa opłata za to, że post zostanie rozreklamowany na FB, G+, Twitterze czy innych społecznościówkach to lekka przesada. W końcu jak sam piszesz pracowałeś na tego bloga jak i na tych fanów na FB tyle czasu, że w oczach potencjalnego klienta społecznościówki to jedna z form promocji Twojego bloga. To pakiet, który sprzedajesz – więc już lepiej pisać po prostu 2500 zł + VAT a nie rozbijać to na części. Co by było gdybyś promował bloga na 10 społecznościówkach :). I tak w końcu liczy się zasięg jaki potrafisz wygenerować.

    Destylator ma rację – nie tylko UU się liczy. UU na jednym blogu nie równe UU na drugim. Zależy to od branży i jej potencjału. Poza tym liczą się też przekierowania na stronę docelową, wizyty, odsłony, ilość komentarzy, jak dany post performuje dalej w social mediach tj: ilość sharów na FB, ilość + na G+, retwittów na Twittrze itp. Dla poszczególnych klientów każda z wartości ma inne znaczenie. Ale przyznam, że od UU się wychodzi. 

    Co do wiarygodności blogera vs post sponsorowany. 
    1) bloger to marka osobista i współpraca z daną marką oznacza to, że bloger się z nią identyfikuje. Nikt nie każe blogerowi pisać słodkich rzeczy o firmie, którą po cichu offline :) krytykuje. Czy post sponsorowany czy nie – bloger jak coś pisze to pisze prawdę. Jeżeli tak nie jest to pewnie uż. szybko to wyczują i pójdą czytać blog dalej,
    2) Subiektywnie też można z postami sponsorowanymi – bo jak wyżej Marka nie powinna narzucać co bloger ma pisać. Marka ma prawo czuć się bezpiecznie na blogu bo w końcu za to płaci, ale konstruktywna krytyka też się opłaca (dla obu stron). 
    więc tutaj się nie zgodzę do końca z Destylatorem, że koło się zatacza. Chodzi tylko o to aby Bloger pisał tak samo, na temat – a że przy okazji ktoś mu za to płaci to chwała jemu.

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Bardzo rozsądna opinia. Co do TG, jest ona na tyle atrakcyjna i wyselekcjonowana (przez dobór tematów) – że podana kwota jest przemyślana.

      Zewn. aktywności, zostały wycenione osobno, ze względu na potencjał ściągania dodatkowego ruchu. Być może nie każdy potrzebuje obecność w całym ekosystemie blogera, więc ma „opcje”

      Nie ma w tym przypadku/tego bloga/ słodkich postów i wpisów o niczym. I tego raczej staram się trzymać, jasno selekcjonując jakie marki czy produkty się pojawiały. I tak będzie w przyszłości.

      Stawka podana też jest sygnałem, że „darmowe obiadki” skończyły się. Jeśli jest chęć dotarcia do okreslonego TG w odpowiedniej liczbie – można skorzystać. Jeśli nie będzie przychodu z tego typu działań, ja i tak nic nie tracę. Gross moich przychodów jest poza blogiem. / w dniu dzisiejszym/

  • Andrzej Miłosz Serdawelski

    Mam wrażenie, że coś tu jest nie tak. Miesięczna liczna UU nie jest równoważna z liczbą sprzedanych egzempalrzy jakiegoś miesięcznika. Bo primo – metodologia badania UU jest słaba, albo niejasna, mówiąc delikatnie.

    Popatrz na to w ten sposób – masz głównie wiernych czytelników (jak każdy bloger), którzy czytaja każdy twój wpis. Piszesz rzadko, więc nie występuje zmęczenie materiału i jak ktoś ma Cię w RSS lub pamięta o tym, by zaglądać (lub go zbombardujesz na FB), to czyta wszystko, co napiszesz.

    Ile zatem każdy twój wpis ma odsłon? 1000-1500? Myślę, że jakoś tak. A więc de facto to jest liczba Twoich czytalników (max. 1000 osób). A nie wzięte z kosmosu 18 tys. UU, które się duplikują miesięcznie w statystykach.

    Gdyby tę samą metodologię stosować w pismach papierowych, to czytelnictwo każdego egzempalrza byłoby sumą przeczytań każdego artykułu.

    Przecież gdybyś miał rzeczywiście 18 tys. UU / czytelników, to kazdy twój wpis miałby taką wartość czytelnictwa – czyli pewnie coś koło 20 tys. odsłon na wpis (bo liczba UU + kilka powtórzeń na napisanie/przeczytanie nowych komci). A tak nie jest.

    Tymczasem miesięcznik sprzedany w 18 tys. egzemparzy trafi co najmniej do 36 tys. osób. Bo dom, poczekalnia u dentysty, kafejka – różne oczy patrzą.Rozumiem chęć zarabiana na blogu, widzę pojawiający się ostatnio trend wyprowadzenia na prostą cenowego bałaganu – ale na miłość boską, ceny są z kosmosu. Trochę pokory, małe kroczki – a nie myślenie, że 1-2 wpisy reklamowe na blogu dadzą solidną warszawską pensję. Te artykuły o milionowych zarobkach blogerów chyba zamąciły obraz rzeczywistości ;)

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Od czegoś trzeba wyjść w wyliczeniu

      Wpisy mają od 1-2 tyś do 20 tyś czytelników (np. art. o Piotrze Kaszubskim)
      Gazety, artykuł to nie liczba sprzedanych egzemplarzy –  1/3, 1/4 , 1/6 czyta dany artykuł?
      Nie każda gazeta ma współczytelnictwo x 2 (zwłaszcza branżowe, czytane x 1)

      UU podane są miesięczne, a nie suma codziennych wejść. Gdybym tak liczy byłoby to 60 tyś kontaktów z materiałami. Więc totalnie zafałszowane

      Przyjmuje zatem że cyfry sa porównywalne, lub na korzyść bloga. kwestia oczywiście rynku, ile zapłaci/lub nie.

      • Andrzej Miłosz Serdawelski

        No i właśnie o to mi chodzi. Przy wykluczeniu hitowego tekstu o P. Kaszubskim, masz czytelnictwo na poziomie 1-2 tys. osób. Bo piszesz bloga dla stałych czytelników i to oni odwiedzają (a czasami nawet czytają ;) każdy Twój tekst.

        A statystyki to zawsze sumują – popatrz sobie w statsy dzienne – wychodzi np. 1000. W miesiącu da to 31 000. Bo to jest suma. Ale prawda jest taka, że to jest praktycznie zawsze ten sam 1 tys. osób, który przychodzi przeczytać nowy tekst (przy założeniu, że wrzucasz jeden dziennie).

        A prasa branżowa to inna bajka – tam czytelnictwo jest grubo poniżej ZDKP, bo wiele firm prenumeruje dla swoich szefów marketuingu z przyzwyczajenia, ale potem to bez zdjęcia folii idzie na makularutę. Takich miesięczników u mnie w biurze jest co najmniej kilka.

        A rynek Ci zapłaci tyle ile chcesz – ale tylko na początku. Zawsze znajdzie się jakaś firma, znajomy znajomego, co wybuli 3500 za advertorial. To jest krótkofalowe. Warto te pieniądze zarobić, ale nie ma co liczyć, że za pół roku ktokolwiek się na to skusi. Zaprzyjaźnione firmy wypsztykają się w kwartał i potem znów będzie zastój. Widać to na wielu blogach – powstaje super nowa oferta, jest 1, góra 2 zakupy i potem cisza.

        To jeszcze nie te czasy, żeby domy mediowe brały blogi pod uwagę przy planowaniu kampanii. A małe agencje PR już to robią, ale na szczęście te lepsze nie koszystają z tak dennej formy jak „tekst sponsorowany”, tylko poszukują ciekawych możliwości, akcji specjalnych itp. Chwała im za to.

        • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

          Ja piszę o granicznych wartościach – większość artykułów to 3-8 tyś . Więc liczby porównywalne lub większe do gazet, o których wspomniałem. Jakąś metodologię trzeba spróbować wyestymować. Artykuł w M&M czy Brief też może czytać 1 tys, reklame też zobaczyć tyle. A ile zapłacisz? /nie w barterze/

          Nie wrzucam 1 tekstu dziennie, raczej są to strzały 1-7 miesiecznie. Większość wejść to nie 1 dzień tylko kolejne dni, kolejni „czytacze”. Miesiecznie UU, to zupełnie co innego niż suma dziennych UU.

          Mnie nie jest spieszno do tego by oblepiac się, czy „wypsztykać sie” jak piszesz.  Będą chętni – dobrze, nie będzie – chętnych. Nie zmartwię się.
          PR czy agencje SM, interactive – właśnie na takie formaty jestem otwarty,  jeśli będzie po drodze (nie standardy).

  • Kamil Pieczonka

    A ja w tym tygodniu dostałem ofertę na swojego bloga (tematyka finanse, czytelnictwo ~8k UU) aby zrobić wpis sponsorowany, ale go nie oznaczać jako sponsorowany, aby wyglądał jako wpis, który wyszedł ode mnie, co na dzień dobry mi się nie spodobało. Doszła do tego też kwota, 300 PLN + VAT ;) jak możecie się domyśleć, propozycja nie została przyjęta ;-)
    ps. a oferującym była duża agencja marketingowa, klient miał jednak inne wymagania ;)

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Czy to dużo? Napisanie tekstu na 1800-3000 znaków w gazecie , to wierszówka 100-200 pln. Więc o czym tu mówimy, że „drogo”. Pewnie,można i za kilobajt txt płacić 5 pln. Z takimi ofertami też się spotykałem.

      • Kamil Pieczonka

        Abstrahując, tekst miał mieć 6000 znaków, ale to już sprawa drugorzędna ;) Najbardziej mnie zniesmaczył fakt ukrywania tego sponsoringu.

  • Peter

    Dzisiaj minęło, niech pomyślę, jakieś 11 miesięcy od czasu, gdy przesłałem e-mailem propozycję.
    Wątpię w sens współpracy z kimś, kto w ciągu 11 miesięcy nie umiał odpowiedzieć na e-mail.
    Wątpię, by wydanie tutaj wspomnianych wyżej kwot było opłacalne.

    Dla porównania, Tomasz M., redaktor poczytnego serwisu internetowego zarejestrowanego jako prasa, odpisał w ciągu niespełna 2 dni. Tak się buduje wiarygodność.

    Tym się różni bloger, który zasady etyczne i biznesowe naciąga wg potrzeb od dziennikarza, który zawsze działa wg tych samych reguł, czy rozmawia z Kowalskim czy Kulczykiem.

     

    • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000363676983 Jacek Gadzinowski

      Trudno mi się odnieść do Twojej wypowiedzi. Jeśli propozycja była konkretna i dotyczyła płatnych form reklamy, na pewno otrzymałbyś odpowiedz (TAK lub NIE). Jeśli to notka PR, non profit działanie, darmowe działanie które muszę poświecić mój czas kosztem pracy – sorry – ja  nie odpowiadam na nie. O czym wcześniej pisałem (jakiś rok temu na tym blogu). Niezależnie czy to by był Kowalski czy korporacja. Trzymam się pewnych zasad, szanowania swojego czasu.

      Sprawdziłem skrzynkę na yahoo i post – w tym czasie (10-12 mcy temu), nie znalazłem komercyjnych propozycji. Więc amba w sieci.

      • Peter

        Pojmuję świat w dość prosty sposób, wychodząc z założenia, że ktoś, kto podaje adres e-mail do kontaktu, traktuje ten adres poważnie, w szczególności zaś, poważnie traktuje osoby, które skorzystały z zaproszenia do kontaktu tą drogą.

        Nie rozumiem więc sytuacji w której ktoś nie ma czasu odpowiedzieć na e-mail, choćby „nie, dziękuję”. To nie jest bowiem kwestia wyboru czy marnować czas czy nie marnować, ale zwyczajnej kultury biznesowej, o której z taką swadą opowiadasz. Najwyraźniej więc masz pojęcie o teorii, ale nie umiesz jej stosować w praktyce.

        Być może dzisiaj napisał do Ciebie Kowalski, szukający pomocy w swoim biznesie, być może tego Kowalskiego nie stać na Twoje usługi, bo jak sam piszesz, cenisz swój czas (w co ja osobiście wątpię), ale czy ten Kowalski, gdy urośnie i po drodze połknie kilku kolejnych Kowalskich, by jeszcze bardziej urosnąć, napisze do Ciebie kolejny raz?

        Jak sądzisz?

        • http://www.facebook.com/profile.php?id=100001179364207 Marzena Laren

          Peter, a może wiadomość wyglądała na kolejny spam? Na każdy spam odpowiadasz – nie, dziękuję? Brak odpowiedzi jest też odpowiedzią. 

        • Qbexus

           Peter czyli Ty odpowiadasz na 100% maili?

  • Szymon Przybyszewski

    Nie da się porównać blogów do prasy, to jest całkiem inna kwestia. To tak jakby porównywać, że skoro w knajpie zapłacę 10 zł za godzinę gry w bilarda, to zapłacę tyle samo za grę w bilarda online.
    Pismo kupuję świadomie, wykonuję akcję, wertuję je czasami po kilka razy i w sumie mogę z głowy wymienić wiele reklam/marek, które widziałem w prenumerowanych czasopismach.
    W sieci czyta się inaczej, szybciej. W jednej sekundzie jestem u Gadzinowskiego, w drugiej u Kominka, w trzeciej na onecie, a w czwartej zapominam gdzie byłem w pierwszej i co tam przeczytałem.

    Rozumiem, że Ty byłbyś w stanie wyłożyć identyczne pieniądze na reklamę np. w piśmie motoryzacyjnym o zasięgu 100k osób, jak i na blogu motoryzacyjnym ze 100 tys real users i uważasz, że zwrot z tej inwestycji będzie przynajmniej na takim samym poziomie? :)

    • Obserwator

      Szymon – w 100% zgadzam się z Tobą. Co do samych stawek – tu należy zawsze kierować się rynkiem, prędzej odjąłbym jedno zero. 

    • http://darekjasinski.pl/ Darek Jasiński

      Zgodzę się z Szymonem. 1000 uu na blogu nijak się ma do 1000 sprzedanych egzemplarzy drukowanych. Dziennie odwiedzam dziesiątki stron, czytam dziesiątki tekstów, niektóre całe, niektóre tylko połowicznie. Niby z gazetami jest podobnie, ale kto kupuje takie gazety? Ktoś kto zakłada, że będzie je czytał, bo ma czas. Jedziesz pociągiem – kupujesz, jesteś na uczelni, w przerwie w pracy, na wieczorne poczytanie (i chociaż mam internetu pod dostatkiem, to od czasu do czasu lubię sobie wydać te parę złotych na tradycyjną prasę).

      Przejrzysz te 20 stron gazety i prędzej czy później zaczepisz wzrok na reklamie. Bynajmniej ja jak już kupię jakieś czasopismo, to staram się wycisnąć z niego jak najwięcej. Natomiast blog czy serwis – czytam wpis lub artykuł, albo nie czytam.

  • pawellek

    Wpis ma już trochę czasu ale dodam własne przemyślenia.
    Obliczenia które proponujesz mają błędną podstawę. Porównujesz liczbę odwiedzających do liczby osób które KUPIŁY czasopismo. Kupiły! To najważniejsze słowo.

    Aby porównanie było w porządku musisz wprowadzić u siebie opłaty i jak uzyskasz 30 tys czytelników którzy ZAPŁACĄ za dostęp do Twojego bloga MIESIĘCZNIE! – to będziesz miał prawo do porównań ze sprzedawanymi czasopismami.

    i WTEDY UDA CI SIĘ NA PEWNO SPRZEDAWAĆ REKLAMY ZA PODOBNE PIENIĄDZE JAK CZASOPISMA DRUKOWANE.

    Pozdrawiam


Więcej wpisów