Facebook. Utopia czy destrukcja społeczna?


Tagi: , , ,

Cyberprzestrzeń porównywana bywa do Ameryki. Miejsce wolne, w  którym możliwa jest projekcja marzeń, idealizmu i niezadowolenia. Czy utopijna wizja samoregulującej się społeczności może dotyczyć również Facebooka?

Gościnny wpis Barbary Stawarz z InnovaWeb

W internecie dominuje metaforyka morska. Surfujemy po sieci albo łowimy linki. W kontekście Facebooka często pojawia się metafora państwa. Można śmiało powiedzieć, że to nawet największe państwo w wirtualnej przestrzeni.

Pierwsze państwa-miasta zawiązywały się w starożytności i określane były mianem polis. Polis stanowiło jednolitą jednostkę gospodarczą i polityczną, a przede wszystkim było wspólnotą obywatelską.

Starożytny Facebook

Starożytne państwa – zarówno w Grecji jak i w Rzymie – były podzielone na obszary, które usprawniały ich funkcjonowanie. Centrum życia publicznego w starożytnej Grecji stanowiła agora, a jej rzymskim odpowiednikiem było forum.

Życie kulturalne toczyło się w teatrach, a czas wolny spędzano na pielęgnowaniu życia towarzyskiego. W Grecji odbywały się uczty zwane sympozjami, a Rzymianie udawali się do starożytnych łaźni publicznych – term.

A gdyby Facebook był prawdziwym państwem? Czy byłby utopią i wymarzonym miejscem do życia? Państwem, w  ktorym rósłby Kapitał społeczny, czy raczej stanowi on społeczność destrukcyjną, w której zanurzeni użytkownicy marnują czas na cyberbumelanctwo?

Przystanek pierwszy: Termy

Wycieczkę po Facebooku rozpoczynamy od term. Współczesnej łaźni, gdzie ludzie mogą się komunikować, spotykać, dyskutować i… podglądać. Zobaczmy w jaki sposób mieszkańcy Facebooka ze sobą rozmawiają, a przede wszystkim po co.

Użytkownicy Facebooka, mimo iż jest to komunikacja zapośredniczona przez maszynę, osiągają swoje cele komunikacyjne. Problemem pozostaje kontekst. Otóż w tak dużej społeczności siłą rzeczy występuje różnica między statusem nadawcy, a  statusem odbiorcy. Tak zwana proporcja statusu. Przyjmuje się, że im wyższy jest status odbiorcy, na przykład osoba starsza, a na dodatek jest to nasz szef, tym bardziej formalna powinna być wiadomość. Mieszkańcy Facebooka nic sobie z tego nie robią. Zdjęcia z zakrapianej imprezy, namiętnych pocałunków, czy w negliżu,  lądują na tablicy i nikt się nie przejmuje tym, że wśród znajomych jest szef, nauczyciel, czy jakikolwiek nasz „guru“. Wrażliwość medialna, czyli umiejętne dobieranie medium do komunikacji, kuleje w tym społeczeństwie. Tutaj panuje wolność i swoboda…

Kenneth J. Gergen, w kapitalnej zresztą książce „Nasycone Ja. Dylematy tożsamości w życiu współczesnym“, opisuje występowanie tego zjawiska w firmach. Kiedy komunikujemy się mailowo, mamy większą śmiałość do kwestionowania poleceń przełożonych. Granice między tym co prywatne, a tym co służbowe zanikają.

Po co ten Facebook?

Mikołaj Piskorski, profesor socjologii na Harvardzie, dzieli użytkowników Facebooka na dwie grupy: spotkania i przyjaciele. Ci pierwsi korzystają z serwisu, żeby poznać nowe osoby, a ci drudzy, by utrzymywać stały kontakt ze znajomymi i ich podglądać.

Piskorski badając użytkowników Facebooka doszedł do wniosku, że podstawową „niesprawność społeczną“ jaką eliminuje  serwis jest podglądanie.

Kiedy pozostajemy w związku, kiepsko byłoby powiedzieć parnterowi „wiesz, ja cię bardzo kocham, ale jeszcze się rozejrzę dookoła“. Dzięki Facebookowi nie musimy nic mówić, a  rozglądać się możemy do woli.

Obecni, by uniknąć wykluczenia

Powiedzenie „jeśli nie ma cię w Google, to nie istniejesz“ z czasem przeniosło się na Facebooka. Dla jednych jest to centrum spotkań, inni mówią, że Facebook to „internet w  internecie“.

Jaron Lanier, amerykański futurolog, uważa, że dynamika internetowych społeczności warunkuje to, że w końcu trzeba się przyłączyć, żeby samemu nie stać się ofiarą.

Zdarzało się Wam usuwać znajomych? Znowu przyjmować i znowu usuwać? I tak jeszcze kilka razy… Zdaniem Laniera „model Facebooka może mieć wielki wpływ, wyznaczając, kto jest przyjacielem i o co w życiu chodzi”.

Obecność na Facebooku to nie tylko konieczność, ale także ucieczka przed wykluczeniem. Niewidzialna klatka, o której pisał Howard Rheingold. Zwyczajna iluzja. Pseudowspólnota. Jesteśmy tu, bo inni są. A przecież interesuje nas co słychać u naszych znajomych, których od dziesięciu lat nie widzieliśmy.

Ogarniasz swoich znajomych?

Ilu masz znajomych? 200? 300? 500? Wspominany już Gergen opisuje proces nasycenia, w którym „rozwijamy wciąż rosnącą liczbę związków – w pracy czy w zabawie, rzeczywistych czy wyimaginowanych“.

Życie sprzyja nawiązywaniu nowych znajomości, a Facebook pogłębia to jeszcze bardziej. Kojarzysz sytuację, kiedy któryś z twoich znajomych klinkął „lubię to“, a niedługo po tym, na tablicy pojawiały się wpisy jeden po drugim, aż do np. „16 znajomych lubi to“?

Facebook wyostrzył zjawisko, w którym „ja staje się w coraz większym stopniu zaludnione postaciami innych“. Bruce Wilshire zjawisko, kiedy zaczynami siebie wzajemnie imitować nazwał mimetycznym wchłonięciem. Walt Whitman pisał z kolei, że „zawieramy w sobie tłumy“.

Podglądając się codziennie, przeglądając swoie profile, przewiajając tablicę w górę i w dół… i tak w kółko, naturalnym jest, że przenikamy się i naśladujemy wzajemnie. Z drugiej strony inspirujemy się i poszerzamy wzajemnie swoje horyzonty.

Lubimy podobnych do siebie

Często jednak lubimy po prostu to samo. Już na długo przed Facebookiem jasne było, że lubimy osoby atrakcyjne, a  jeszcze bardziej osoby atrakcyjne i podobne do nas. Zjawisko, kiedy mamy tendencję do interakcji z osobami podobnymi nazywamy homofilią. Łatwo przewidzieć czyjeś poglądy, zainteresowania czy nawet orientację seksualną.

Z drugiej strony setki znajomych na Facebooku zaprzeczają liczbie Robina Dunbara – 150. Psycholog ustalił, że właśnie tyle osób w danym momencie życia jesteśmy w stanie ogarnąć. Cóż, wystarczy przytoczyć badania Skype’a, które pokazały, że tak naprawdę rozmawiamy z 2-3 osobami regularnie.

Gergen takie relacje, gdy mamy setki znajomych, nazywa „związkami ułamkowymi“. To znajomości budowane wokoł ograniczonych aspektów czyjegoś istnienia. „Dlaczego masz nie wziąć jednej ósmej mnie?“ – pyta Gergen.

Cierpimy na syndrom „poznawczego skąpca“. Poznanie kogoś jest tak czasochłone, że wolimy drogę na skróty. Relacje, kiedy mamy znajomych od imprezowania, od squasha czy od wakacyjnych wyjazdów skupiają się wokół nas. To inni dopełniają nasze sto procent. Ale o tym pomówimy w teatrze…

Przystanek drugi: Teatr

Internet sprzyja budowaniu własnego wizerunku. Jest jak scena w teatrze, gdzie każdy z nas może odgrywać własną rolę i stwarzać siebie na nowo. Kreować swoją tożsamość, czy też podwyższać swój status społeczny. Mieszkańcy Facebooka wiedzą, że to doskonałe narzędzie do marketingu osobowości.

Zaabsorbowanie sobą

Napisać czy nie napisać? Ile razy zastanawiamy się czy wrzucić coś na swoją Facebookową tablicę? A później z wypiekami na twarzy śledzimy licznik „lajków“ i rozkładamy komentarze na czynniki pierwsze. I co, myślisz, że wszystkich to co masz do powiedzenia interesuje? Jeśli tak, to się mylisz.

Patricia Wallace w „Psychologii internetu“ mówi o skoncentrowaniu się na własnym „ja“. Mamy przeświadczenie, że inni również interesują się naszym życiem w  takim stopniu, jak my sami. Wallace przywołuje prace Davida Elkinda, który podczas swoich badań stwierdził, że „młodzi ludzie wydają się zbyt zapatrzeni w siebie i mylnie sądzą, że inni podzielają to zainteresowanie“. Elking nazywa to zaabsorbowanie wyimaginowaną publicznością.

Cóż, tak samo jak zawsze wydaje nam się, że na pewno mamy rację, tak przeceniamy również wrażenie, które robimy na otoczeniu. Ale z drugiej strony, gdyby nie ten nasz narcyzm, to Facebookowe tablice byłyby zupełnie puste.

Co ludzie robią na Facebooku?

Nasz narcyzm potwierdzają również badania Piskorskiego, który sprawdził co ludzie robią na Facebooku i  jakie czynności nas pochłaniają najbardziej. I tak:

  • 35% ogląda profile i zdjęcia nieznajomych
  • 35% ogląda profile i zdjęcia znajomych
  • 9% przegląda swój profil
  • 8% dodaje treść w profilach
  • 8% dodaje lub usuwa znajomych

Obsada Facebookowego teatru wygląda zatem dość mizernie. Każdy z użytkowników jest aktorem odgrywającym własną rolę. To trochę jak teatr jednego aktora. Teatr ludzi skupionych na sobie. Laboratorium tożsamości powiedziałaby Sherry Turkle.

Idealne „ja“

Pracowita, szczęśliwa, zawsze uśmiechnięta, pełna różnych pasji. Chodzi na świetne imprezy, ma mnóstwo znajomych i ciągle podróżuje. To twoja znajoma z Facebooka? Moja też. Każdy ma taką i każdy z nas chce być tak odbierany.

Teoria kierowania wrażeniem E. Goffmana mówi, że każdy posługuje się odpowiednią taktyką, by ukazać się w takim swietle, ktore jego zdaniem jest najlepsze w określonej sytuacji.

Facebook to idealne miejsce do tego, by budować swoje „ja powinnościowe“, „ja idealne“. Do tego, by w w oczach innych i swoich także, uchodzić za – co tu dużo mówić – szczęśliwego człowieka sukcesu.

To ilu masz znajomych?

Ustaliliśmy już, że na Facebooku ważniejsze od „bycia“ jest „wydawanie się“. Podobnie jak ważniejsza bywa liczba znajomych od faktycznej wartości tych relacji.

Już samo pojawienie się na Facebooku jest wystawieniem się na ocenę innych. To bowiem ilu mamy znajomych, również wiele mówi o naszym profilu.

Tutaj można wymienić dwie grupy. Pierwsza idzie na ilość – im więcej znajomych, tym jestem fajniejszy, a  druga to zamknięte enklawy. Na wzór ekskluzywnych klubów towarzyskich. Towarzystwa wzajemnej adoracji.

Seth Godin uważa, że „zapisanie na listę znajomych na Facebooku dziesięciu, dwudziestu lub stu osób może być dobrym sposobem na podbudowanie własnego ego“. Ciekawe, którą drogę idziesz – ilość czy jakość? Teraz na czasie jest chyba usuwanie już wcześniej dodanych znajomych, prawda?

Przystanek trzeci: Agora

„Tak dla pochowania Kaczyńskich w piramidzie Cheopsa“, „Palikot jest obciachowy“ a może „Gdzie jest krzyż“? Tak wygląda nasza polska e-demokracja na Facebooku. Czy serwisy społecznościowe są szansą na pobudzenie do życia społeczeństwa obywatelskiego w wymiarze 2.0?

Daleko nam do sytuacji ze Stanów, kiedy to młody Chris Hughes zostaje dyrektorem ds. internetu w sztabie Baracka Obamy. Działania na Twitterze i Facebooku pozwoliły mu zebrać 28 milionów dolarów. Wszystko dzięki współpracy. Czy w Polsce jest to w ogóle możliwe?

Gdzie jest krzyż?

Pierwszą głośną akcją, którą udało się zorganizować na Facebooku i przenieść na ulicę było zebranie się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ale… co z tego? Zupełnie nic. Odbyła się publiczna szopka, uliczny kabaret, a krzyż wciąż stał. I teraz zresztą – już w wersji mobilnej – regularnie wraca pod Pałac.

Grupa pod krzyżem to na pewno nie był smart mob, czyli inteligentny tłum opisywany przez Rheingolda. Daleko też do grupy, która w 2001 roku poprzez SMS-y doprowadziła na Filipinach do obalenia Josepha Estrady. To nie była nawet grupa, która włączyła się do akcji „Zabierz babci dowód“.

Zdaniem sceptyków, internet to kakofonia rożnych głosów i brak tu rzeczywistego dialogu. Odwiedziny agory na Facebooku zdają się to potwierdzać.

Gwoździem do trumny jest nieumiejętne prowadzenie profilów przez polityków, kompletny brak interaktywności z użytkownikami (czyli jednocześnie z wyborcami), a jedynie okazjonalne zrywy przed zbliżającymi się wyborami.

Agora? Allegro!

Skupienie się na sobie i wychodzenie na własną scenę przynosi szczęście. Podobnie jak zakupy, które zdominowały życie współczesnego konsumenta i stały się oznaką normalności. Kiedy wpadło się w klatkę konsumpcjonizmu i wyznaje religię zakupów, to takie zachowanie nie sprzyja wykształceniu się społeczeństwa obywatelskiego.

Zajęci sobą , zatopieni we własnym narcyzmie nie mamy ochoty wychodzić na agorę. Agora to miejsce, gdzie aby skutecznie działać trzeba coś wspólnie zrobić. Podjąć konkretne czynności. Nie wystarczy kliknąć „lubię to“.

Dla użytkownika Facebooka większą wartość ma dziś Allegro, a nie agora. To nie społeczna postawa określa i  wyznacza pozycję, ale zakupy. Zdjęcia pod palmami, zdjęcia sushi i nowe gadżety. Rewia mody i biuro turystyczne. Tak, to wiedzie prym.

Utopijne czy destrukcyjne?

To już koniec wycieczki. Przyjemnie było patrzeć na mieszkańców Facebooka w termach. Wszystkie najnowsze badania również potwierdzają, że komunikacja przez internet pobudza nasze życie towarzyskie i daje szczęście.

Całkiem nieźle jest też w teatrze. Otwieranie się na innych, tudzież lansowanie i przełamanie wszechobecnej w internecie anonimowości to dobry krok w kierunku rozwoju agory. Dziś sobie tutaj nie radzimy, ale kto powiedział, że z paszportem Facebooka nie można odwiedzać innych państw. No chyba, że będą chcieli wizę…

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 2165 dni temu dnia ·
  • http://blog.jimb40.com Robert

    Przeczytałem na jednym oddechu. W połowie myślę ale go ten szpital odmienił ;) Dopiero na końcu zauważyłem że to wpis BS :) Świetny artykuł. Pozdrowienia
    PS. Innova nie Innawa

  • Tomek

    Też myślałem przez chwilę, że tego typu analiza to jakaś totalna volta Jacka;-)) a tu proszę gościnny artykuł. Świetna diagnoza;-) Bardzo dobre.

    • Jacek Gadzinowski

      @Tomek, Robert – oj tam volta. Różne punkty wiedzenia są tutaj prezentowane i mile widziane, tym bardziej że artykuł jest mocno fabularny.
      Trochę inny niż to co, na co dzień czytamy o fejsie. Anyway, dużo ciekawych spostrzeżeń które warto wziąć pod uwagę.

  • http://historiaimedia.org/ mw

    Bardzo ciekawy art, chociaż przykład obalenia Josepha Estrady jako wzór działań obywatelskich w Sieci nie jest chyba najsilniejszy. Pojawiają się pytania o schematy analizowania i ideologizowania technologii w perspektywie takich wydarzeń politycznych. Polecam ten art http://con.sagepub.com/content/14/2/135.short (w razie problemów z dostępem mogę podrzucić mailem).

    Warto też uważać na porównania historyczne. Polis to może i piękny przykład wspólnoty politycznej, ale trzeba pamiętać, że ta wspólnota była dość specyficznie kształtowana. Piszesz o wykluczeniu cyfrowym i FB, a zapominasz, że w dyskusji na agorze mogli wziąć jedynie pełnoprawni obywatele (czyli wykluczano z nich np. kobiety). Zapominasz też o tym, że polis jako przestrzeń społeczna miała mocny wymiar geograficzny – czego o FB nie da się już powiedzieć. Istniały też pewne powszechne wartości, co do których większość musiała się zgadzać – tego na FB nie ma, tutaj mamy do czynienia raczej z „nową uniwersalnością”, totalną akceptacją wszystkich możliwych poglądów i postaw (o ile nie stoją one w sprzeczności z regulaminem Facebooka).

    Zresztą nie ma czegoś takiego jak idealne polis – każde miało własny charakter i w ciągu stuleci zmieniało formę rządów. Ty odwołujesz się do jakiejś „idei”, totalnie nierzeczywistej, a więc porównanie jest zupełnie „wirtualne”.

  • http://interjak.pl interjak

    Jeśli ktoś uważa Amerykę – najbardziej naszpikowany służbami specjalnymi kraj na świecie – za miejsce wolne i na tym buduje kolejne tezy, to musi zabrnąć w ślepą uliczkę. Już choćby próbując dopasować wyniki amerykańskich badań do polskich realiów.

    Polski Internet od dawna faszerowany jest wiadomościami z USA typu „Amerykanie kupują więcej reklam online”, „Amerykanie więcej siedzą na Facebooku”, „Amerykanie wolą to od tamtego” etc. OK, być może. Ale to Amerykanie – ludzie o zupełnie innej mentalności (mentalnościach właściwie, bo to kraj wielonarodowy), żyjący w zupełnie innej rzeczywistości niż my tutaj.

    Chętnie przeczytałbym tekst o polskim Facebooku, oparty wyłącznie na polskich badaniach i nie odnoszący się w ogóle do realiów made in USA.

  • http://www.arnoldbuzdygan.com Arnold Buzdygan

    Nie chcę się mądrzyć, ale pierwsze miasta-państwa powstały 5 tys. lat temu w trzech miejscach na świecie i żadne z tych miejsc nie leżało w Europie.

    Zebranie w Polsce kasy w publicznych zbiórkach jest niemożliwe choćby dlatego, że jest zakazane przez prawo, poza tym Internauci się kompletnie nie liczą, nic nie znaczą.
    Liczą się tylko Ci, którzy DZIAŁAJĄ, a nie gadają.

  • http://www.innovaweb.pl Barbara Stawarz

    @Robert, Tomek – dzięki

    @mw, Arnold – warto odwołać się tutaj do semantyki tytułowego słowa utopia – ze starożytnego greckiego to „miejsce, nie-miejsce”; w literaturze zaś utopia wyrażana jako tęsknota za czymś, czego nie ma – w tym wypadku za internetową społecznością, która jest ale jej nie ma. Jak zauważa Arnold, liczą się działania, ale mówienie, że „internauci się kompletnie nie liczą” odbiega od tego, do czego powinniśmy dążyć. Czyli wykorzystanie nowych mediów właśnie do działania. Do podnoszenia kapitału społecznego.

    Co ważne, nie używam żadnego porównania i nie odnoszę się w kontekście historycznym do polis, ale – jak zaznaczyłam to na początku tekstu – stosuję tak zwaną poetycką metaforę :) – która pozwala mi podzielić obszary, które analizowałam, tj. komunikacja, wirtualna tożsamość, e-demokracja, w literacki sposób na trzy strefy. Wyszłam od metaforyki państwa i to ta metafora jest osią tekstu. Ot, taka publicystyka.

    @interjak – nie wiem kto tak uważa, ale ja w tekście nie piszę W OGÓLE o Ameryce :) pierwsze zdanie – i jedyne, w którym pojawia się słowo Ameryka – odnosi się do mitu (!) amerykańskiego snu; tekst, choć przywołuję wielokrotnie różne badania (tak, niekoniecznie polskie) pisałam w oparciu o własne korzystanie z Facebooka, czyli pozwolę sobie stwierdzić, że na podstawie „polskiego Facebooka” ;) przykład: http://www.facebook.com/group.php?gid=109170765775380

  • http://brak Maciej

    Dobrze się to czyta, tekst mi się podoba :)

  • http://eksperymentalnie.blogspot.com Agata

    Basiu świetny artykuł!

  • http://wicu.pl/ Wicu

    Interesujący tekst. Czyta się mile i przyjemnie. Komunikacja przez Internet powoli zaczyna zastępować nam życie towarzyskie i to zjawisko będzie postępować wraz z rozwojem sieci. Perspektywa, w której całość naszych kontaktów odbywać się będzie za jej pośrednictwem wcale nie jest taka odległa. W tej chwili niewielka część internautów nie odczuwa potrzeby kontaktu z innymi w realu, ale z czasem ich ilość będzie rosła. To dla nas sytuacja trudna do wyobrażenia, bo każdy z nas jest przyzwyczajony do bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Staramy się jednak izolować od świata: strzeżone osiedla, zamknięte domy, prywatna ochrona, elitarne szkoły, podróże tylko samochodem, zakupy przez Internet. Chronimy się w naszej bezpiecznej przestrzeni i tego samego uczymy nasze dzieci. One będą czerpać z tych wzorców i w większości przypadków je pogłębiać. Stąd możliwe, że kiedyś ludzie przestaną znać pojęcie bezpośredniego kontaktu. Nie będzie to potrzebne, bo wszystko dostępne będzie w sieci. I tak jak zauważyłaś będzie dawać szczęście.

  • Pingback: Blog NetCenter Solution · Prasówka 04.08.2011

  • Rafael

    Niesamowity artykuł, bardzo ciekawa obserwacja rzeczywistości, w której się znaleźliśmy.

  • pawel

    5 lat temu napisane, a zdaje się jeszcze bardziej aktualne. Z Facebookiem zacząłem przygodę w 2012 roku i teraz nie ma dnia bez „sprawdzenia fejsa”. Szczególnie jako introwertyk nie czuję tak mocno swoich społecznych ułomności gdy rozmawiam z kimś przez monitor na odległość. Ma to swoje wady i zalety – przez FB poznałem swoją dziewczynę i jesteśmy już razem 3 rok. Niestety też myślę, że jestem uzależniony od tej platformy społecznościowej. Najgorsze, że w 2011 sam zarzekałem się, że nie dotknę tego i jest mi to nie potrzebne..


Więcej wpisów