Surfing September Session by Jack Sparrow


Tagi: , , , , ,

Odwiedziłem we wrześniu Seignosse z Surfround. Zacna miejscówka do surfu i do imprezowania ;) Tydzień chilloutu to krótki czas, ale spędzony intensywnie.

Podróż do Biarritz /Seignosse  to 5 godzin z Polski, France Air’em i inna rzeczywistość. Szybciej niż przebijanie się z Wawy na Hel w korkach i helskie klimaty. Dłużej zajmuje koczowanie na lotniskach niż sama podróż ;)

Okolice Biarritz i Seignosse to mnóstwo pól golfowych i surfingowych spotów, surfshopów. Jakoś kryzysu nie było widać… raczej spokojne, ciepło (wrzesień i 25 stopni), słonecznie, leniwie, nie spieszne życie. Wokół oznaki że zbliża się Quicksilver Pro France (październik). W tle gra muza z SurfFM

Pierwsze dni to było przyzwyczajenie się do fal, pływając wcześniej na płaskich wodach (kite) nie jest łatwo przestawić się na 2-2,5m falki ;) Po dłuższej walce, zaczyna się łapanie balansu, jako takie rozumienie ruchu wody wokół ciebie oraz stawanie na desce. Mnie się jakoś w końcu udawało, chociaż bardzo daleko jeszcze do perfekcji.

Lepiej mi szło jak już gdy mnie tak zmieliło w wodzie na fali, że przywaliłem głową w dno – trochę krwi się z nosa upuściło i jakoś nie pamiętam całej środy co się działo, ha ha. Przyznam, że ze wszystkich zajawek deskowych (long, skate, snb, kite) surf należy to najtrudniejszych. Ale jednocześnie dających największą satysfakcję gdy już się załapie „o co chodzi w tym wszystkim”. Gdyby nie mocno boląca noga na początku wyjazdu, progress byłby lepszy. Bez skupienia się na falach i wodzie, niewiele można osiągnąć gdy umysł rozproszony jakimiś pobocznymi sprawami.

Surferów, surfshopów i longów jest te Francji opór. Kite’a zobaczyłem może jednego przez cały wyjazd. Zresztą tak po prawdzie, jeden dzień coś więcej przywiewało. Jednak nie po to tam jechałem, liczyły się w końcu fale i surf.

Co do życia wieczornego i nie tylko… dobra ekipa, do imprezowania i do gastro o 2 w nocy, wyjadania lodówki. Ew. bitwa na znaki na rondzie lub bratanie się z miejscową żulią. To trzeba powtórzyć, ale niektórym zabronić grania na konsoli ;) Lepiej już jakiś zabawkowy film załączyć lub pojeździć na longu obok domu, wieczorem lub w nocy. 100 pro lepsza zajawka.

Oprócz surfu i imprez, wpadliśmy do Biarritz (to taki francuski Sopot) i  hiszpańskiego San Sebastian, (miejsca festiwali filmowych). W pierwszym z nich można było zjeść naprawdę wyśmienite owoce morza, zobaczyć fajne falki rozbijające się na skałach czy wypić wino z kartonem na głowie ;). W San Sebastian, mieli dobre lody, super trasy na longborda, specjały kuchni i dobrą Sangrie (za 1 euracza) bez limitów na plaży lub okolicznym murku. Ceny trochę kosmiczne, eurasy idą jak woda i trzeba się mocno pilnować by nie popłynąć w portfelu. Generalnie po 1 dniu trzeba przestać przeliczać, bo wygląda tak że 1eur = 1 pln w cenach. Ale nie ma co oszczędzać kiedy chce się poczuć lokalne klimaty.

Co do surfu, to wracam w następnym sezonie cisnać progress, bo fajna zajawka jest, zależy tylko kiedy i jak wyjmą mi z nogi blachy i docisk. Może sobie Meksyk zafunduje albo Portugalię? A później jakiś Bałtyk na zimnym Helu.

A i dostałem nową ksywę, ciekawe czy się przyjmie – pirat aka. Jack Sparrow. Ciekawe dlaczego? ;)

Ye scurvy dogs ;)

Więcej foto z September Session: tutaj, tutajtutaj

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 2034 dni temu dnia ·

Więcej wpisów