Soma Bay – ostateczna kite rozgrywka


Tagi: , , , ,

Długo przychodziło mi zebrać się, siąść i spisać to co działo się w Egipcie. Ale uznałem, że taki wyjazd nie może obyć się bez relacji. Na pewno było niekonwencjonalnie i zapadnie mi w pamięci na dłużej.

Teraz jest najlepszy czas właśnie by jechać do Egiptu, puste plaże, nie zatłoczona woda, w miarę normalny poziom cen i nieco lepsza obsługa. Starać się muszą, jako że media wystraszyły turystów i kraj nie ma teraz z czego po prostu żyć… a jak ktoś nie ma jaj, to niech dalej siedzi w domu, „bo w Egipcie przecież jest wojna i strzelają na ulicy!”

Z takiego założenia wychodziłem gdy, postanowiłem wybyć do Soma Bay z Kite.pl (powtórzymy na pewno wyjazd!) . Założenia były słuszne, hotel Inter Continental tu nie ma na nic narzekać – standard, czystość, bliskość plaży/spotu, jedzenie w ramach All inclusive, baseny, brak nachalności obsługi. Po prostu wypas, jak na warunki egipskie.  No i te bizantyjskie łączenie styli, w sam raz architektoniczny „russian style”.

Tylko by połączyć się z Internetem, trzeba było mieć sporo w portfelu. Opłata – 100 pln dziennie, ale i na to można było znaleźć sposób. Wystarczyło się zabunkrować blisko pokojów dla „nowo rosyjskich”, o podwyższonym standardzie i można było wyhaczyć darmową, otwartą sieć WIFI. Polak jak widać potrafi ;)

Lotnisko w Hurgadzie, zatłoczone… lub inaczej mówiąc, turystów może i  mniej, ale obsługa nie za bardzo się spieszyła. Burdel jak zawsze, ale do tego można się przyzwyczaić. Bagażu nie zgubili, nie trzeba było płacić w żadną ze stron dodatkowej opłaty za deski czy latawce /sprzęt sportowy/.

Yalla! Przejazd do hotelu i zapomina się o tym szajsie szybko. Później szybki rzut oka do prognozy na Windguru i Windfinder. Wiatr nas nie rozpieszczał, zwłaszcza jeśli nie wstało się rano i nie zgrało z pływami morza (warto sprawdzić przed wyjazdem!). Właśnie, woda uciekała dość szybko i raz właśnie tak przegapiłem dobry dzień na pływanie. Ale cierpliwość popłaca, później 2 dni były konkretne do pływania.

No i pozbyłem się skutecznie kaszlu, który męczył mnie od kilku miesięcy – wtajemniczeni wiedzą o co kaman. Tutaj, prosty patent zadziałał – wódka Danzka + syrop sosnowy na kaszel. I jestem zdrowy ;) od tej pory. Nawet 20 odcinków Wołoszańskiego, nie dałoby rady! Wracając do rzeczy…

Pocisnąłem jako tako progres, mimo iż warunek nie był taki optymalny. Płasko jest w Soma Bay, ale trzeba było uważać:

- z jednej strony na WS’ów którzy mieli wydzielone pół spotu (nawet jak nikt nie pływał!) i fajna głębię,

- kamienie miedzy płaskim a głębią /można było się nieźle naciąć na nie

- zmieniającą się szybko głębokość wody, jeśli zaczął się szybki odpływ

- czopik który potrafił wybić z rytmu

- szkwał, gdzie wiatr potrafił zmieniać się o 4-5-6 kns w przeciągu chwili.

- żonglowanie między 11 a 9 m latawcem w moim przypadku. Albo było za mało wiatru, albo za dużo.

Mimo, iż w głowie mi siedziało dużo po ostatnim wyjeździe na Dominikanę, swoje zrobiłem. Kilka udanych sesji zaliczyłem, przełamałem się i jakoś rozpływałem (mimo iż mistrzostwo to nie było). No może poza jedną, gdzie ucząca się Czeszka, poprzecinała mi linki od latawca. Heh, wzięła mnie z zaskoczenia blisko plaży i strefy dla WS. No zdarza się…

Sama baza/spot na wskroś „niemiecka”. Wydzielone strefy dla kite i WS, ścieżki poruszania się (!) i miejsce startowania latawca. Syrena, którą włączano jak kite wszedł na strefę dla WS. Normalnie jakaś masakra. W drugą stronę, takich akcji nie było, co mogło po pewnym czasie wnerwiać. Klimat bazy był taki sobie, powiem tak – są lepsze miejsca do zrelaksowania się, czy oczekiwania na wiatr. Ceny za cole czy piwo, nawet na warunki europejskie, do niskich nie należały. Muzę do chill’owania miałem swoją.

Wiatrowo wyjazd nie był jakimś wypasem, ale można było swoje popływać. W moim przypadku, dwa ostatnie dni nie należały do mega udanych, że tak powiem. Strzeliła mi kostka i to na tyle poważnie, że miałem operację w Egipcie, w Hurgadzie. Co to było? Czop, szarpniecie na szkwale czy też przekrzywienie nogi w strapie. Tego już teraz nie dojdę. Dziwne uczucie, gdy jedziesz na desce i nagle nie czujesz nogi. Nigdy więcej takich akcji… Fakt, czeka mnie dłuższa rekonwalescencja by wrócić na wodę. Kolejny stopień wtajemniczenia kajtowej choroby ;) Przynajmniej wiem po badaniach, że nie mam kłopotów z kośćmi i raczej mam więcej niż odporny organizm, w wyniku wcześniejszych sportowych aktywności. Co dobrze rokuje na rehabilitację.

Mimo tego co się stało, wyjazdu nie żałuje. Atmosfera była wporzo, ekipa zacna, miejscówka w miarę /chociaż bywają lepsze. Nic tylko powtórkę z rozrywki zrobić, może Hamata w następnym roku? Podro dla ekipy Kite.pl Świstaka oraz Ziomka. I dzięki dla tych, którzy wspierali mnie w ciężkich dla mnie chwilach.

Bo pytania są…

1.     Warkoczyki na razie poszły do lamusa, przygotowuje szopę na głowie do dredów ;)

2.     Nie zrezygnuje z kite, nawet jakbym miał się przywiązywać do deski. I zaczynać wszystko od zera.

3.     Fakt faktem, na trochę mnie uziemiło. Ale konkret cele sobie postawiłem – tu o nich przeczytacie. Nie poddam się tak łatwo. Brasil czeka ;)

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 2186 dni temu dnia ·
  • http://runblog.pl/ Mateusz Krogulec

    Robisz dobry PR kitesurfingowi w Polsce. Jak tak dalej pójdzie namówisz połowę agencji i domów mediowych na deski :)

  • Jakub Juras

    kup 10 m i nie bedziesz mial problemow z wymiana kitea;) sprawdzone heh:D

    • Jacek Gadzinowski

      heh, dobre ;D .

      generalnie – 9m pożyczone a 11m własne. poluje na 8m, na jesień. zakresowo będzie ok.

  • http://olicom.com.pl Kamil

    Chyba, że na Hel sie wybierasz to przyda się 13m lub nawet 16m ;)

    • Jacek Gadzinowski

      flysurfer od razu na 18 m ;D chociaz ten maj i czerwiec to zło wiatrowe. jakies wyjątkowe.


Więcej wpisów