From Cabarete with kite love


Tagi: , , , , ,

Napisać wpis, co się działo i jak było na Dominikanie, okazuje się ponad moje siły. Zwłaszcza jak zderzyć się w polską szarówką i chłodem. Istny szok termiczny, kulturowy i jetlag.  Miejsce, ludzie, pływanie mistrz!

Blisko 24 h podróży w 1 i 2 stronę jest wyzwaniem dla organizmu. Jeśli nie jesteś w stanie wysiedzieć w małej przestrzeni samolotu, przesiadać się i oczekiwać na lot… daruj sobie dalekie podróże. Zacna ekipa (Maja, Kasia, Kaczor, Czarek, Marcin) z którą pojechałem, za nic miała przesiadki w Poznaniu, Berlinie, Dusseldorfie. Ważny był cel wyprawy.

Celem było Cabarete, o tej porze roku nie zatłoczone i wolne od turystów. Dużo było tzw. geriatrii z Niemiec, wygrzewającej swoje kości na plaży (wokół hotelu Tangerine, w którym mieszkaliśmy) oraz tych którzy przylecieli na Dominikanę łapać wiatr lub fale. Polska ekipa w porywach liczyła ponad 10 osób (sporo było już na miejscu ludzi), tak wiec mogliśmy być widoczni na plaży, wodzie czy też w okolicznych barach;). Mimo iż na Kitebeach (podobno) fala i przybój mniejszy, i tak katowaliśmy kite na wysokości Tangerine i Millenium Hotel.

Wiatr w Cabarete, jeśli już wieje o tej porze roku (koniec lutego, początek marca) jest w kratkę. Pierwszy tydzień dosłownie był kijowy – 1-2 dni wiatru, gdzie można było wyjść sensownie na wodę. Czatowanie na wiatr na windfinderze , leżąc rano w hotelowym lobby, zajadając się all inclusive pizza, ciastkami czy pinacolada. Drugi tydzień to już raj, ponad 12 kns codziennie (ostatniego coś pod 20 kns, ale szkwaliło znacznie). Co do godzin gdzie wieje, trzeba czekać do południa i sporo po nim. Istny raj dla imprezowiczów i śpiochów (Czaro, dawał radę), którzy zaczynają dzień po 14-15. Lub też szansa na złapanie opalenizny, z czym trzeba mocno uważać. Filtr 30-50 na wodzie i tak jest za mało, doświadczam to teraz na spalonej skórze twarzy i pleców. Głowa do dzisiaj mnie boli i schodzi skóra płatami, a minął już ponad tydzień gdy pisze ten wpis.

Co do warunków na wodzie, jak dla mnie – początkującego na kite – duże wyzwanie, że tak powiem. Falki spore i przybój także. W ramach swoich możliwości udawało mi się je przechodzić na bodydragu. Ale wcześniej, spojrzenie na te fale i zmierzenie się wzrokiem z nimi (o tak z 2-3 m, zbierane z dna, z piachem), to „ryje czaszkę”. Druga sprawa, fala tego typu i takie warunki szybko weryfikują umiejętności które nabywa się na płaskiej wodzie. Co innego startować/pływać z patelni, co innego w warunkach gdy czuje się rosnącą wodę za plecami lub z boku. Inaczej jak jest płycizna, inaczej jak od razu przy brzegu jest większa głębia. Dla mnie to zajebista lekcja pokory i doping do tego by bardziej przyłożyć się do kite. I mniej nonszalancji ;)), bo w tym widać ostatnio jestem mistrzem. Ha. Lub też w nadmiernym chillowaniu, zainteresowani wiedzą o co kaman. Warkoczyki na głowie, to małe piwo…

Na dodatek, 3 dni przed wylotem do Polski (gdy były najlepsze warunki) na plaży zaatakował mnie miejscowy „smok.”, czyli specjalistka od szybkiego „robienia lodów”. Nachalność panienek była dość duża wieczorami (łapanie za krocze, kieszenie spodni czy jest tam kaska = tzw. ocena potencjalnego klienta „czipi, czipi, suki, suki”), zwłaszcza na plaży czy w okolicznych barach (ile tam dilerów – kox, zioło od ręki, panienek i alfonsów). Nauka na przyszłość, jeśli już odmawia się ich usług, trzeba to robić bardziej na luzie. Wracając do ataku, dostałem plombę w żebra po prawej stronie, skutkiem czego, zapięcie trapezu Dakine (i tak wiązałem się 2 bandażami elastycznymi) czy pływanie, gdy ciągnie latawiec na fali, było dla mnie nie lada wyzwaniem. Schodziłem z wody praktycznie na bezdechu a na wodzie brakowało tchu/nie poddawałem się. Z ciekawostek, oczywiście połamało mnie, w skutek starych kontuzji, czy ostatniego katowania trików na snowboard. Ale nic to, banan na twarzy był, jak tylko zobaczyło się wiatr i wodę. No i koniecznie spróbujcie paddle board’y lub skimbard’y na takich falach, jest ekstremalny wypas.

Gdy było bezwietrznie, lub wiatr coś tam pierdział wykorzystywaliśmy czas do tego by zająć się produkcją filmową dla nowego projektu Marcina (kiteoffer.com). Wieczorami, okoliczne bary i długie godziny ;). Koniec imprezy, nie raz nad ranem… tak że w Polsce bywało już zdrowo po 10-11. Później rano jadłem z tego wszystkiego całe góry cukru, arbuzów lub ciastek z bitą śmietaną.

A wracając do produkcji…w powyższym filmie dowiecie się o co w tym kite projekcie chodzi. Trochę jest też o podstawach kite, a reszta produkcji będzie sukcesywnie umieszczana na blogu Marcina Popów . Ciekawostka: z 10 razy myliłem się przy nagrywaniu z odmianą nazwiska. Ha, to pewnie efekt „wczesnej” godziny – ok. 12/poprzedniego wieczoru. Miejscówka do produkcji filmowych czy zdjęć była w porządku, większość nagrań zrobiliśmy w Millenium Hotel (thx, to Filip Lisiecki) i na Kitebeach z lokalesami. Na wodzie kamerka Go Pro dawała radę, niedługo pojawi się więcej filmów, w tym „dzień kitesurfera”. Testowania sprzętu było sporo, więcej artykułów będzie na kiteblog.pl. Anyway, mój Bandit3, dawał radę. Zadowolony jestem z zakupu. Czas na dalsze kompletowanie sprzętu – kolejnych desek, 2 latawca…

Poza plażą, pływaniem, wieczornymi atrakcjami wybraliśmy się także na dłuższą przejażdżkę motorkami/skuterami. Co przy tamtych sposobach poruszania się na drogach „cała droga dla mnie”, jest czasem dość karkołomne. Oczywiście, żeby nie było łatwo: zepsute światła, licznik prędkości czy paliwa to norma. W jednej z miejscowości ledwo co udało mi się dopchać skuter do dystrybutora z paliwem. Inaczej miałbym dłuższy relax ;) Ktoś jeszcze by mnie przejechał, lub wepchnął do rowu… może przesadzam, ale sposób poruszania się tam po drogach jest mocno niekonwencjonalny. Ilość jeźdźców i kierowców na bani – po rumie i „ziołach”, pewnie jest znaczna. Po tygodniu pobytu na Dominikanie, już czułem tylko te zapachy albo bryzę od morza. Koloryt lokalny w rozkwicie.

Z fajnych obserwacji, wspomnę o wyjeździe do La Vega, na obchody Dnia Niepodległości Dominikany. Tam takie święto obchodzone jest w radosny sposób, na luzie i bez spinki. Kolorowy korowód miesza się ze świętującymi, w powietrzu unosi się zapach rumu. I o to właśnie chodzi. A nie tam, martyrologia,  spiski i pieprzenie o trumnach.

Było grubo na wyjeździe? Oj tak, jeszcze do dzisiaj przychodzę do siebie (zapalenie oskrzeli, poprawinki w Amsterdamie były). Zgubiłem 3 pary okularów przeciwsłonecznych, słuchawki od Ipoda i pen drive, a w międzyczasie musiałem odtwarzać nr pin do kart kredytowych. Zapomniałem, albo złapałem chill. Generalnie, zaczynam planować kolejne wyjazdy /jak się uda to już kwiecień lub maj/, bo wpadłem po uszy w kite. Mimo że jeszcze wiele przede mną do zrobienia. Jest progress, jest zabawa. A Polska, taka zimna, szara, zupełnie inny świat.

I o to chodziło na tym wyjeździe, za co dzięki Marcin. Mam swoja „rozkminkę” do zrobienia.

Special thx to: Maja, Kasia, Kaczor, Czarek, Marcin, FIlip.

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 2241 dni temu dnia ·
  • Agnieszka

    fajnie :) czas podróży trochę przeraża, ale z tego co piszesz warto :)
    kto by pomyślał że smoki zagrażają kitesurferom :)))

    naprawdę pełen pozytyw :) trzymam kciuki za powodzenie projektu i non stop fun :)


Więcej wpisów