Back on track – kitesafari i kitesurfing w RSZ Egipt 2011


Tagi: , , , , ,

Tego trzeba mi było, rozpływania się po pół roku: „rehabilitacja i piguły”. Wybór padł na kitesurfing w Egipcie w wersji Kitesafari i RedSeaZone. Zatem oficjalnie: etap pirackiego chodu i diety bez-kajtowej mam już za sobą. At last.

Nie do końca byłem pewny, czy był to właściwy czas na kite. Świeżo miałem w pamięci przygodę z prawą kostką i 2 operacje. Ale jeśli miałem ten okres mieć już za sobą, uznałem że trzeba się zmierzyć ze swoimi słabościami. Gdzie się nie rozpływać, jak na równym wietrze i płaskich powierzchniach, bez tłoku na plaży i w wodzie. Coś takiego mogło zapewnić tylko Kitesafari w Egipcie, z Akademia Kitesurf.

Jak zawsze przygotowałem się na zapas, deska, trapez, dwa latawce (7 i 11m), trochę ciuchów oraz żołądkowa, krata monsterów i piwa Gniewosz :) Skutkiem czego, 20 kg bagażu głównego i ponad 30 kg bagażu w quiverze to była moja „norma”. No i nie mogłem nie wziąć mojego longboarda, przecież nowe miejscówki czekały na rozdziewiczenie. Na lotnisku w Wawie, trochę dziwnie się patrzeli, ale za stówkę było już po kłopocie.  Z powrotem, mały bakszysz też dał radę w tej kwestii.

Po przylocie do HRG, pierwsza rzecz którą trzeba było zrobić przetestować trasę na lotnisku i przed jego wejściem na longboardzie. Jazda między pasażerami, policją i tajniakami to jest to. Kilka fot do archiwum i czekaliśmy z Filipkiem aka. Koxem na ekipę z Wrocławia. Szybki transfer na statek i później impreza w Marinie. Czaras zainicjował nową świecką tradycje „bawmy się” i szampan lał się szeroko. Dalszej części „nie pamiętam” (może to skutek wcześniejszego „tejstingu” w taxi i w marinie), a rano już płynęliśmy w stronę pierwszego spotu – wyspy Geisum. No może, pamiętam ból pleców, gdy z  poznanym imiennikiem – Jackiem uwiesiliśmy się na linkach na statku, które się później symultanicznie urwały ;)

Mega płaska woda, szerokość i swobodne pływanie. Kilka dni na rozpływanie się. W zasadzie nie trzeba było patrzeć do Windguru, bo każdego dnia wiało spokojnie na moje 11m Bandita. Pierwsze dwa dni wolałbym nie pamiętać, to był Muppet Show w moim wydaniu, odrzucanie deski i faza na wykrzywienie kostki. Dopiero jak przestałem o tym myśleć, wróciłem stopniowo do normy i swoich wcześniejszych skilli. Trzeciego dnia, mogłem się już cieszyć, pełnią tego czym jest kite. Ile tam było pływania…  Geisum było szczególnie urocze wieczorem, przy zachodzącym słońcu i płonącym gazie z szybów naftowych. Iście industrialny kitesurfing.

W dzień kitesurfing, wieczorami część nieoficjalna. Tutaj wiele opisywać nie będę, bo nie miejsce i pora na blogu o tym pisać. Mała przestrzeń i wieczorne rozmowy sprzyjają integracji. Jak i Jungle Speed po całodniowym katowaniu kite, gry i zabawy z kijkami. Lub też wspólne spanie na decku w nocy, przy ponad 40 kns wiatru (pleców już później nie czułem). Albo połowy kalmarów i wieczorne skoki do wody ;)

Dla bardziej zmęczonych był klub czytelnika oraz klub internauty ;) Ja postawiłem na kite, więc Internet omijałem na statku z daleka. A gdy już byłem skatowany po całym dniu, udawałem się na spoczynek do kajuty która była przechowalnią, gdzie składowano wszystkie latawce i deski ze statku. Heh.

Po Geisum popłynęliśmy na Ashrafi, gdzie było sporo dużo miejsca do swobodnego pływania między dwoma wyspami. Idealnie płasko, równy wiatr i możliwość katowania dowolnych trików. Godziny pływania beztroskiego. Miejsce sprzyjało szybkiemu kitesurfing progresowi, trzeba było tylko uważać na mazut który czasem pływał blisko brzegu. Jak i roślinki którymi żywią się ryby i kraby. W jedną taką się wplątałem z latawcem, skutkiem czego czekało mnie sympatyczne rescue. Później tylko godzinka wyplątywania linek z jakiś zielonych kłaków i latawiec jak nowy ;) Fajna rzecz.

Następnego dnia wróciliśmy na Geisun, tylko z drugiej strony. Tego dnia trochę przywiało i czasem na moje 7m było zdecydowanie za dużo. A że rafka była dość płytko nie raz nią udało mi się nadziać, które później oglądałem podczas snorklingu. Ostatniego dnia kitesafari najbardziej wytrwali płynęli coś ponad 40 km downwindem na Tawili, a reszta grupy chillowała się na statku. Mijaliśmy rafy, szyby naftowe, statki płynące do Kanału Sueskiego. I tak minął tydzień beztroskiego pływania.

Cześć z grupy wracała do Polski, pożegnaliśmy ich czule po nocnym „bawmy się”. A następnego dnia przetransferowaliśmy się ze statku do El Gouny, do znanego wśród polskich kajciarzy hotelu pt. Panorama Drama ;) i powitaliśmy nową grupę krajanów. „Pyszne” jedzenie, międzynarodowi goście z Rosji, krasnoarmienne piosenki, namolni beżowi handlarze plastikiem i tandetą, klub WIFI przy recepcji stanowią specyficzną atmosferę tego miejsca. Ah, ten humor angielski… 10 minut tok tokiem i było się już na spocie RedSeaZone. Wiatr nadal nam dopisywał, tak więc pływanie mieliśmy praktycznie każdego dnia – dwie lub trzy dobre sesje. Rano trzeba było się tylko spieszyć, by nie pływać później na rafie lub 10 cm płaskiej wody. Popołudniowy przypływ, czasem był kartoflany (mocny chop), ale i na takich warunkach też można przeżyć. Jak człowiek widzi dzień, w dzień wiatr to nie odpuszcza. W końcu nie po to się jedzie by leżeć później cały dzień na brasilazach :) Tylko korzystać ze 100 procentowych statystyk wiatrowych.

Tydzień w RSZ minął migiem, nie zauważyłem jak się dobrze rozpływałem, czy też zaliczyłem kilka gleb po skokach. Przedostatniego dnia, po zglebionym skoku przyjąłem jednego takiego korala w lewą łydkę i przywiozłem w sobie do Polski ;) Szpital wolałem omijać z daleka i nie tracić dobrej szansy na pływanie. Poza tym, wieczorem czekały gokarty i trzeba było być w dobrej formie. Spotkaliśmy wielu ziomów z Polski i katowaliśmy tor w El Gounie. Więc mocna ekipa opanowała go na 100 pro, po bardzo długich i żmudnych negocjacjach. Obsługa nie raz musiała nosić opony, po wyczynach Czarasa i Marcina. Wieczorem też działy się inne, ciekawe rzeczy, a najbardziej ciekawe w dniu urodzin Prezesa ;) Oj działo się w poniedziałek, oj działo. Wąż zdeklasował wszystko co widziałem na tym wyjeździe… nawet znikającą zawartość wielu butelek, gdzie po 2h była już totalna susza. Przebił też park wodny, gdzie woda-solanka była tak mocna, że wyżerała dziury w board shortach ;)

Osiągnięcia wyjazdu:
- zjechane do cna finy /skutek szorowania po rafie/,
- obita dupa i plecy po skokach,
- wiele korali w stopie i łydce,
- spalona gęba i wypalone bardziej włosy,
- pani ze sklepu osiedlowego, po moim wyglądzie pyta się czy jestem instruktorem kite (ha ha ha),
- potargane board shorty i prawie wyrzucone do śmieci 450 funtów egipskich,
- bliskie spotkania z francuską szkółką kajtową (atak kleszczowy na plaży latawcami),
- pływający latawiec na plaży, po zbyt dużej ilości łapania hebanu na brasilazach,
- uksyta klamka i rozwalony zamek w Panorama Drama bo jakoś się rozpadł jak wiatr zawiał,
- normalnie chodzę (!),
- banan na twarzy,
- z 12 cm blachą i dociskiem w prawej nodze da się pływać ;)
- odzyskana radość z pływanka

Po 2 tygodniach katowania kite, szybkim wypadzie na snowboard do Snoras czas na szarą rzeczywistość: się pływa i się później choruje :). Kondycyjnie też jeszcze czuje to w kościach. Teraz tylko dotrwać do wyjazdu do Brazylii. Zapowiada się dwa tygodnie dobrego pływania w Cumbuco z Kite.pl.

PS. Podziękowania dla ekipy RSZ – Mike i Ani, to było profi. Wrócę pewnie tu jeszcze nie raz. Statek, załoga na statku + kucharz + żarełko, miejscówki do pływania bez tłoku – to jest to! Spróbujcie kitesafari bo warto.

PS2. Probsy dla wesołej ekipy z Kitesafari, jak wiatr pozwoli trzeba powtórzyć tą wyprawę w innych okolicznościach przyrody. Lub zaliczyć razem helskie klimaty. Podro dla reszty spotkanych krajanów – kajciarzy.

PS3. Special thx to Marcin aka Popek vel. Prezes, Ty wiesz za co ;)

Podobne wpisy


jesli podobal ci sie wpis podziel się nim:
Permalink Dodano 2000 dni temu dnia ·
  • bracuru

    Gratulki za przełamanie się i skuteczny powrót na wodę.

    Welcome in Gorzka club ;)))

  • http://cezarylech.pl Cezary Lech

    Fajna realacja… pozowlę sobie zacytować szerokie kawałki na http://kiters.pl :) ja się skupię bardziej na downwind do El Gouny :)

    • Jacek Gadzinowski

      :) nie ma sprawy. Czekam na relacje, downwind dał rade.


Więcej wpisów