23.700.000.000.000 USD
21 lipca powinien być dniem w którym świat został zaszokowany nowa, ogromną kwotą potrzebną na ratowanie gospodarki USA. Nic takiego się nie słało. Dlaczego?
Mija właśnie pół roku rządów nowego prezydenta USA – Baracka Obamy. Czy może się już pochwalić jakimś realnym osiągnięciem, czy też wprost przeciwnie. Nawet przy całej sympatii do Obamy, jego umiejętności oratorskich, PR’owych sztuczek i komunikacyjnego otwarcia, gospodarka USA ma się coraz gorzej. Oczywiście, są już pierwsze oznaki, że dno jest gdzieś blisko, lecz kto zagwarantuje że to wszystko szybko się skończy? Za chwilę poziom bezrobocia przekroczy 10%, kolejne firmy nadal szukają cieć kosztów i optymalizują je. W zasadzie optymizm, który pojawił się wraz z nową kadencją prezydenta ulotnił się jak kamfora. Zapanowało przygnębienie i tymczasowość.
Neil Barofsky, inspektor generalny programu TARP „wielkiego wora”, gdzie umieszczane i wykupywane maja być wszystkie „złe długi” sugeruje, że „najgorszy scenariusz” to konieczność kolejnego zwiększenia , już po uszy zadłużonego USA. Zapomnijcie o 3.000 mld USD, 7.800 mld USD… bo teraz ogłoszono, że może to być 23.700.000.000 USD! Jak wielka jest to kwota? To prawie dwukrotność rocznego dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych (1000-krotność polskiego?), lub inaczej licząc 80.000 USD na każdego statystycznego Amerykanina łącznie ze nieletnimi i starcami. Czy na kimś ta kwota zrobiła wrażenie, było larum lub też wydarzył się krach na giełdzie? W końcu to pewnie „tylko” teoria spisku, lub wymysł jakiś domorosłych „blogierów”.
Czy to ściema czy też powód do śmiechu
Czy coś o tym słyszeliście? A moze tylko o pifku w ogrodach prezydenckich?
Nic z tych rzeczy. Ta kwota jest już tak abstrakcyjna, że media, politycy czy ekonomiści obrócili to w żart, trochę pogadali… może jeszcze do tego wrócą. Bo jak traktować, coś co może jednym posunięciem oznaczać bankructwo i unicestwienie gospodarki USA na kilkadziesiąt lat. W końcu to tylko „najgorszy scenariusz”, zawsze będzie można ogłosić później sukces, jeśli wydatkowana będzie tylko połowa lub mniejsza część tej kwoty. Poniekąd może być to też niezła operacja zmierzająca do „nastraszenia” niepokornych przed zbliżającą się kampanią Obamy, dotyczącą planów reformy służby zdrowia. Z tym nie poradził sobie Clinton, później już tego nie dotykano a problem narasta. Może on wybuchnąć w twarz nowemu prezydentowi, pogrążając jego teflonowy wizerunek budowany skutecznie przez media – zwłaszcza te „nowe”. Ale, nawet tam chyba powoli ten okres ochronny kończy się, po tym jak Obama popełnił kilka znaczących gaf (teleprompter, oskarżenia o rasizm, nominacja do sądu najwyższego, bailouty).
Barack Obama wydaje się powoli zużywać, a jego plastikowy wizerunek i swoboda jakby zaczyna ulatywać. Ciężar i rozmiar kryzysu chyba przygniata go do ziemi. Jedna sprawa to ładnie wyglądać na salonach, wygłaszać okrągłe formułki, a co innego rozwiązywać realne problemy wyborców. Hasło „change” było ładnym sloganem na sztandarach, które umożliwiły mu wygraną w wyborach prezydenckich. Lecz teraz przychodzi za to płacić rachunek. Jeśli wyborcy uznają to za hazardową zagrywkę, bez pokrycia w rzeczywistości mogą mu wystawić duży rachunek.

„I kto za to wszystko zapłaci. Pewnie święty Mikołaj”?
Świeżość i zaangażowanie prezydenta jakby zniknęła, a porównania z Roosveltem były chyba na wyrost. Pół roku to za mało by dokonać oceny, ale widać też to, że do zmierzenia się z „największym kryzysem gospodarczym od lat 30-tych” trzeba czegoś więcej niż biegłości w kampanii wyborczej, zabawy Twitterem czy Facebookiem. Wirtualne 140 znaków i wklejanie ładnych zdjęć na profil, nie spowodują wzrostu zaufania konsumentów, nie dadzą im pracy i szansy na lepsze jutro. To może zmienić tylko ciężka praca.
Inaczej, jedyną spuścizną po tym prezydencie będzie długi kryzys gospodarki i wspomnienie 23,700 mld długów które pozostawi po sobie. Nie ważne, że to poprzednik zostawił „mess”, liczy się to jak z tym bałaganem poradzi sobie Obama.

Pingback: bartekrycharski: świetny wpis gadzinowski.pl/ | flaker.pl
Pingback: Obama i sondaże: nieunikniony spadek? | Spin Room