Archiwum

Archiwa podzielone na miesiące:

 

Google plus – królowa pas – obojętność mas

Moja pierwsza myśl krytyczna wobec wielbionej początkowo przez pewne środowiska nowej społecznościówki Google’a pojawiła się podczas tworzenia tzw. kręgów znajomych.

Autorem wpisu jest Mirek Usidus
„Co to za dziwaczenie” – przemknęło mi przez, pełen jeszcze otwartości na nowe, umysł.Że niby tworzysz grupy, którym udostępniasz, jednym to, innym tamto, segregujesz, filtrujesz i kontrolujesz co kto widzi. Hm, tylko właściwie, po co to wszystko i komu się chce zarządzać pościkami z taką precyzją?

Szybko ustawiłem dostępność swoich postów na „publiczną” i publikowałem wpisy nie przejmując się tym całym wymyślonym przez Google’a żelastwem.

Publikowałem, tak, ale już nie publikuję, bo… jakoś mi się nie chce… ale, po kolei.

Kolejna poważna wątpliwość opadła mnie po następnych dwóch dniach testów G+ gdy dostrzegłem istotny deficyt pierwiastka żeńskiego w googlowej społecznościówce. Dam było tam na początku tyle, ile pustynny kot napłakał a te, które zakładały tam konta, jakoś nie wyrabiały parytetu płci w strumieniu treści, tak jak to widzę w analogicznym miejscu na Facebooku.

„Królową Internetu” jest w obecnych czasach dojrzała, kupująca i wybredna, kobieta, zamężna lub singielka, pracująca lub nawet nie, ale świadoma i dokonująca decyzji.

Internet nie jest już domeną chudych (lub grubych) chłoptasiów w okularach, siedzących bez przerwy przy kompie.

A nowy serwis Google’a nie sprawia wrażenia stworzonego z myślą o obecnie panującej „Królowej”, lecz bardziej dla tej drugiej grupy, dla tzw. geeków.

I przez to, jakkolwiek to paradoksalnie zabrzmi, Google+ jest konceptem przestarzałym, staroświeckim.

Wracając do moich kręgów. Przed kilka dni wrzucałem posty na G+ ale z coraz mniejszym przekonaniem, bo ich oddźwięk i tak zrazu znikomy a napędzany chyba głównie ciekawością różnych funkcji nowej zabawki, zanikał. Zatem im mniej się chciało moim znajomym wchodzić w interakcję ze mną, tym mniej mnie się chciało udostępniać im i wchodzić w interakcję z nimi, co oczywiście zmniejszało ich zainteresowanie, itd. Sprzężenie zwrotne.

Pomyślałem, że ściągnę do Google+ swoich znajomych z Facebooka i wtedy ruszymy z  aktywnym życiem społecznościowym, niczym mrówki, którym wrzuci się zdechłego szczura do mrowiska.

Jednak mimo zachęt z mojej strony i  kuszenia (jeszcze kilkanaście dni temu zaproszenie do G+ to było poszukiwane dobro) moi facebookowi przyjaciele zasadniczo olali zaszczyt polegający na dostępie do serwisu Google’a przed jego pełnym, oficjalnym otwarciem dla wszystkich.

Panie i panowie też, pytali i  pytają wciąż „Po co?”. Dlaczego mieliby otwierać kolejne konto, skoro tam jest „tak samo jak na Facebooku”. „Po co mi drugi Facebook?” – pytała jedna z popularniejszych w moich społecznościach postaci.

No, właśnie, Google’u, po co?

Jaki dajesz tym wszystkim ludziom, o których piszę, powód do używania twojego nowego cudowiszcza? Dlaczego mieliby porzucić np. Facebooka i  wejść w twój świat, który zresztą, gdy się popatrzy, jak wszech-ogarniającą totalną masz ofertę (i wynikającą z niej inwigilację), nie jest taki beztroski i rodzi poważne pytania o resztki prywatności.

Facebook, Twitter, nk.pl to jednak oddzielne światy, konkurencja wobec Google’a. To inne rzeczywistości, w których mamy przynajmniej złudzenie, że nie jesteśmy całkowicie i stuprocentowo opisani w jednej bazie danych, i że np. możemy mieć życie „pozagooglowe”.

Nie jestem przeciwnikiem Google+ ale lubię i chcę mieć alternatywę. Serwis, który tyle o tobie wie naprawdę, że musi również kontrolować twojego życia społecznościowego, towarzyskiego a  także często zawodowego, bo te nurty przetaczają się przez społeczności internetowe.

Dlatego, tak po cichu, cieszę się, że ludzie na razie „nie widzą powodu” do repatriacji na Google+ ;-)


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 7
 

Leszcze: No to Frugo?

Frugo. Jedno słowo i uśmiech na ustach prawie każdego trzydziestoparolatka. Albo nawet dwudziestoparolatka. Co w nim tak magicznego? Dziś przede wszystkim wspomnienia. A wspomnienia działają zawsze.

Autor wpisu Michał Górecki

Przeszłość jest fajna, przeszłość to brak problemów, beztroska, życie na luzie i mnóstwo wolnego czasu. A Frugo to właśnie to – kultowy napój, który zniknął z rynku w zupełnym zapomnieniu – czasem o nim rozmawialiśmy, ale zapomnieliśmy o nim zupełnie zachłystnięci Europą, internetem, Facebookiem i wszystkim tym co zainteresowało nas tak bardzo w “noughties” czyli latach ’00.

O Frugo zapomnieliśmy zupełnie tak jak zapomnieliśmy o Michaelu Jacksonie – przypomnieliśmy sobie o nim gdy umarł. Frugo też umierało po cichu – nikt nie pamięta tak naprawdę ani jego agonii, ani finalnych miesięcy, ani nawet prób jego reaktywacji. Każdy natomiast pamięta początki, wprowadzanie nowych smaków i kultowe reklamy telewizyjne.

No właśnie. Frugo to nie typowy produkt retro na które dzisiaj jest moda. To nie oranżada, to nie relaxy, to nie Społem, czy Pewex – czyli kultowe marki lat 80tych. Frugo to czasy późniejsze, to końcówka lat 90 i “fin de siecle”. Dlaczego więc tak ciepło na nie reagujemy?

Kiedy przypominam sobie mój odbiór Frugo w tym czasie, to pamiętam przede wszystkim świetne reklamy. Reklamy które wnosiły powiew zachodniej jakości do naszych nudnych polskich “ofert Zrembu zawsze na czasie”, czy lokalizowanych reklam niemieckich serków kręconych na tle Alp, albo rozśpiewanych aryjskich rodzin wpieprzających chipsy Bahlsen.

Nie były to reklamy dla dzieci, nie były to reklamy dla młodzieży które są wyraźnie kręcone przez dorosłych (wiem, że wszystkie są, ale reklamy w stylu “bądźmy cool i spoko” to chyba największa żenada). Były po prostu zajebiste. Zwykły kolorowy napój w butelce stał się symbolem dekady.

Frugo wraca i smaki Frugo. Jak magiczny eliksir. Ja sam choć pracuję w reklamie i uważam się za dość świadomego konsumenta, jaram się jak dziecko. Kupię moje ulubione (zielone), przekręcę wielką nakrętkę, usłyszę charakterystyczny SYK i zanurzę się w otchłani moich wspomnień. Stanę się znowu piękny i młody, włosy wrócą na moją głowę, kilogramy uciekną, a beztroska wróci :)

No własnie. Ale kiedy? Pogłoski o powrocie Frugo pojawiły się już kilka miesięcy temu. Najpierw przetarg, później fanpage. W końcu powrót – planowany na początek lipca. I zagadka – jakie będzie? Jak będzie się komunikowało?

Przypomnę – agonia Frugo miała miejsce właśnie wtedy gdy Internet zaczął wdzierać się w nasze umysły (to wtedy nie było netu???), Frugo przesadziło wtedy z komunikatem – z jednej strony buntownicze i podkreślające “generation gap” i bunt wobec popkultury, akcje przeciwko Walentynkom, z drugiej “12 gr z każdej butelki na walkę ze ściemą”. WTF? Frugo będące napojem miejskiej młodzieży będącej nieco protoplastami dzisiejszych hipsterów, będące jednak produktem komercyjnym, poszło zbyt mocno w klimaty alternatywne, w bunt, w kontestację. I ta dwoistość, czy nawet schizofrenia okazała się gwoździem do trumny.

Jakie powinna być komunikacja Frugo AD 2011? Czy skierowana przede wszystkim do pokolenia 25-35 pamiętającego je jako kultowy napój? Być może tak, Frugo jednak postanowiło pójść inną drogą, chce powtórzyć swój sukces na młodszym o dekade pokoleniu, ma być targetowane 15-25. Może to i dobra droga? W końcu MY i tak je kupimy. Choć raz. I jeśli nei będzie dysonansu zakupowego, pewnie będziemy je kupowac znowu. I znowu. Mnie osobiście brakuje napoju pitego łyk po łyku, obecnie tę rolę spełnia Redbull, ale coraz bardziej go odstawiam. Czas na Frugo?

***

Rozpoczął się lipiec, pojawiły się pierwsze wpisy na Facebooku, Frugo miało pojawić się w całej Polsce. I co? I nic. Owszem, jest podobno w Tesco. Byłem tam ostatnio, szukałem go przez 10 minut, po czym pracownik oświadczył mi, że od rana zeszła cała europaleta i że czegoś takiego jeszcze nie widział.

Jest 2 połowa lipca. Frugo nadal nie ma w sklepach poza Tesco, Rossmanem i Stokrotką. Czy to dobra strategia? Wątpię. Owszem, może budować poczucie produktu niedostępnego i kolekcjonerskiego, ale czy to nie jest po prostu danie ciała z dystrybucją? Boję się niestety, że tak.

Frugo! Nie spieprz moich wspomnień. Zbyt dobrze o Tobie myślę. Nie daj ciała z dystrybucją, nie wymyślaj dziwnych komunikatów psujących to co jest zbudowane. Nie ma drugiej takiej marki, która tak mocno i tak pozytywnie siedziałaby w naszych umysłach, marki która jest miejska, ale nie śmierdzi komerchą. Marki która budzi tak pozytywne emocje. Błagam. Nie spieprzcie tego. Hough.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 21
 

Padnij powstań zajawka

Kontuzja, zwątpienie, różne myśli które chodzą po głowie i komentarze które słyszę. Gdybym to brał pod uwagę, to pewnie zostałbym kartoflem siedzącym przed TV. Ale nie, nic mnie nie zatrzymało.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 7
 

Co ma nauka do marketingu – case naHarvard.pl & Plusssz Active

Jak dotrzeć do najbardziej wybrednej, młodej grupy docelowej? Jak zachęcić do nauki, nie epatując nadmiernie brandingiem sponsora akcji?

Akcję przygotowała Agencja Interaktywna Zapałka

Wyzwania
Jesteśmy najgorszą z możliwych grupą docelową. Jesteśmy bardzo krytyczni, nie tolerujemy gdy ktoś nas traktuje niepoważnie. Nie oglądamy telewizji, nie lubimy reklam. Mamy co robić, mamy wypełnione kalendarze i naprawdę nie mamy czasu na głupie konkursy reklamowe, gry i virale. Zabawa zaczyna się w momencie, gdy sami chcemy zbudować kampanię reklamową dla takich jak my.

Tu zaczęły się wyzwania. Ludzie, do których chcemy trafić przekonają się do nas tylko wtedy, gdy zaoferujemy im jakąś prawdziwą wartość. Po prostu nie chcą by ktoś im zawracał głowę reklamami gdy oni chcą się uczyć. Chcemy im pomóc poprawić koncentrację – zatem nie możemy ich rozpraszać!

Dostaliśmy za zadanie zbudować kampanię dla marki Plusssz Active w taki sposób, by trafić do najambitniejszych uczniów i studentów, pokazać im, że dzięki nauce mogą osiągać najwyższe cele. Postanowiliśmy skojarzyć tę markę z najlepszymi amerykańskimi uczelniami takimi jak Harvard.

Co zrobiliśmy?

Zbudowaliśmy serwis naHarvard.pl w którym w jednym miejscu zebraliśmy wszelkie dostępne informacje o tym jak dostać się na najlepsze amerykańskie uczelnie wyższe, takie jak Harvard, MIT, Stanford. Informacje są zebrane pod kątem polskiego studenta: znajdujemy programy stypendialne dla Polaków, miejsca, gdzie można studiować za darmo czy miejsca, w których można w Polsce zdawać egzamin SAT (odpowiednik naszej matury). W ten sposób stworzyliśmy stronę, która może naprawdę ułatwić życie przyszłym studentom tych uczelni.

Zainspirowani rosnącą popularnością stron takich jak TED.com i faktem, że młodzi ludzie coraz chętniej szukają w sieci prawdziwej, żywej wiedzy, udostępniliśmy na serwisie szereg wykładów z najlepszych amerykańskich uczelni. W ten sposób – co jest dość niezwykłe w polskim internecie – na serwisie de facto służącym celom reklamowym znalazły się wykłady o fizyce kwantowej, zarządzaniu ryzykiem czy teorii gier.

Kolejną rzeczą do której przyłożyliśmy bardzo dużą wagę było to, by marka Plusssz Active była na serwisie obecna, ale nie w nachalny sposób. Postawiliśmy na delikatne logo, jeden dział poświęcony szybkiej nauce pod patronatem marki, dajemy też prezenty od patrona strony – zatem cały czas marka jest obecna, ale bardzo dyskretnie. Spojrzeliśmy na ten serwis tak z punktu widzenia jego użytkownika – zrobiliśmy wszystko, by uniknąć elementów przeszkadzających w koncentracji, które gdzieś podskórnie budują złe skojarzenie z marką.

Marka Plusssz Active przeprowadziła konkurs wśród studentów, w którym główną nagrodą był wyjazd na Harvard. W konkursie trzeba było się wykazać wiedzą i kreatywnością – tak byśmy mogli wyłonić spośród uczestników prawdziwego bystrzaka. Nasz laureat Kamil właśnie szykuje się do podróży, będzie pisał na blogu o tym jak sobie radzi.

Teraz rozpoczynamy nowy konkurs, w którym uczestnicy mogą się sprawdzić w teście SAT – amerykańskim odpowiedniku matury. Także ani na chwilę nie schodzimy z wysokiego poziomu wymagać wobec naszych użytkowników.

Efekt
W ciągu roku zbudowaliśmy wokół idei studiowania w USA całą społeczność. Przychodzą do nas pytania o rozmaite aspekty studiowania – o procedury, egzaminy, o sposoby zdobycia finansowania. Staliśmy się w pewnym sensie ekspertem w zakresie wiedzy o studiowaniu w Stanach dla dość sporej grupy młodych ludzi.

W ten sposób udało nam się wbić klinem w miejsce gdzie zwykle reklama nie dociera. Jesteśmy w naszymi użytkownikami wtedy gdy się uczą, gdy mają przed sobą ustawiony pewien trudny, ambitny cel. To nie jest łatwy moment, a my jesteśmy tam po to, by dać im pełną informację i zainspirować ich by dalej poszerzali swoje zainteresowania i mierzyli jak najwyżej.

W ten sposób postanowiliśmy na serio zbudować wizerunek marki Plusssz Active jako tej, która rzeczywiście zna swoich klientów i chce o nich dbać. To jest kolejna rzecz, na której nam zależało – by pokazać, że jest to marka, która rzeczywiście interesuje się losami swoich klientów, jest w stanie im dać coś wartościowego. Znaleźliśmy punkt w życiu studenta, w którym odrobina wsparcia może rzeczywiście wiele zmienić. Komentarze naszych użytkowników świadczą o tym, że część z nich właśnie dzięki nam uwierzyła, że studia w USA są dla nich osiągalne.

Podobny cel ma konkurs, który robimy teraz. Udostępniamy użytkownikom serwisu pełną symulację testu SAT. Uczestnicy mogą sprawdzić czy dostaliby się na Harvard i inne uczelnie podobnego poziomu. Chcemy pokazać polskim uczniom i studentom, że przejście testu leży w ich zasięgu. W praktyce budujemy społeczność ludzi, którzy mają dość odwagi by startować na najlepsze uczelnie świata – i oni właśnie stają się ambasadorami marki.

Według nas trzeba mieć odwagę żeby zdecydować się uderzyć do takiej grupy docelowej – tych najbystrzejszych i właśnie myślących poza schematami. I trzeba mieć jaja, by tę grupę zatrzymać przy sobie i z nią powiązać swój wizerunek.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 1