Archiwum

Archiwa podzielone na miesiące:

 

Facebook. Utopia czy destrukcja społeczna?

Cyberprzestrzeń porównywana bywa do Ameryki. Miejsce wolne, w  którym możliwa jest projekcja marzeń, idealizmu i niezadowolenia. Czy utopijna wizja samoregulującej się społeczności może dotyczyć również Facebooka?

Gościnny wpis Barbary Stawarz z InnovaWeb

W internecie dominuje metaforyka morska. Surfujemy po sieci albo łowimy linki. W kontekście Facebooka często pojawia się metafora państwa. Można śmiało powiedzieć, że to nawet największe państwo w wirtualnej przestrzeni.

Pierwsze państwa-miasta zawiązywały się w starożytności i określane były mianem polis. Polis stanowiło jednolitą jednostkę gospodarczą i polityczną, a przede wszystkim było wspólnotą obywatelską.

Starożytny Facebook

Starożytne państwa – zarówno w Grecji jak i w Rzymie – były podzielone na obszary, które usprawniały ich funkcjonowanie. Centrum życia publicznego w starożytnej Grecji stanowiła agora, a jej rzymskim odpowiednikiem było forum.

Życie kulturalne toczyło się w teatrach, a czas wolny spędzano na pielęgnowaniu życia towarzyskiego. W Grecji odbywały się uczty zwane sympozjami, a Rzymianie udawali się do starożytnych łaźni publicznych – term.

A gdyby Facebook był prawdziwym państwem? Czy byłby utopią i wymarzonym miejscem do życia? Państwem, w  ktorym rósłby Kapitał społeczny, czy raczej stanowi on społeczność destrukcyjną, w której zanurzeni użytkownicy marnują czas na cyberbumelanctwo?

Przystanek pierwszy: Termy

Wycieczkę po Facebooku rozpoczynamy od term. Współczesnej łaźni, gdzie ludzie mogą się komunikować, spotykać, dyskutować i… podglądać. Zobaczmy w jaki sposób mieszkańcy Facebooka ze sobą rozmawiają, a przede wszystkim po co.

Użytkownicy Facebooka, mimo iż jest to komunikacja zapośredniczona przez maszynę, osiągają swoje cele komunikacyjne. Problemem pozostaje kontekst. Otóż w tak dużej społeczności siłą rzeczy występuje różnica między statusem nadawcy, a  statusem odbiorcy. Tak zwana proporcja statusu. Przyjmuje się, że im wyższy jest status odbiorcy, na przykład osoba starsza, a na dodatek jest to nasz szef, tym bardziej formalna powinna być wiadomość. Mieszkańcy Facebooka nic sobie z tego nie robią. Zdjęcia z zakrapianej imprezy, namiętnych pocałunków, czy w negliżu,  lądują na tablicy i nikt się nie przejmuje tym, że wśród znajomych jest szef, nauczyciel, czy jakikolwiek nasz „guru“. Wrażliwość medialna, czyli umiejętne dobieranie medium do komunikacji, kuleje w tym społeczeństwie. Tutaj panuje wolność i swoboda…

Kenneth J. Gergen, w kapitalnej zresztą książce „Nasycone Ja. Dylematy tożsamości w życiu współczesnym“, opisuje występowanie tego zjawiska w firmach. Kiedy komunikujemy się mailowo, mamy większą śmiałość do kwestionowania poleceń przełożonych. Granice między tym co prywatne, a tym co służbowe zanikają.

Po co ten Facebook?

Mikołaj Piskorski, profesor socjologii na Harvardzie, dzieli użytkowników Facebooka na dwie grupy: spotkania i przyjaciele. Ci pierwsi korzystają z serwisu, żeby poznać nowe osoby, a ci drudzy, by utrzymywać stały kontakt ze znajomymi i ich podglądać.

Piskorski badając użytkowników Facebooka doszedł do wniosku, że podstawową „niesprawność społeczną“ jaką eliminuje  serwis jest podglądanie.

Kiedy pozostajemy w związku, kiepsko byłoby powiedzieć parnterowi „wiesz, ja cię bardzo kocham, ale jeszcze się rozejrzę dookoła“. Dzięki Facebookowi nie musimy nic mówić, a  rozglądać się możemy do woli.

Obecni, by uniknąć wykluczenia

Powiedzenie „jeśli nie ma cię w Google, to nie istniejesz“ z czasem przeniosło się na Facebooka. Dla jednych jest to centrum spotkań, inni mówią, że Facebook to „internet w  internecie“.

Jaron Lanier, amerykański futurolog, uważa, że dynamika internetowych społeczności warunkuje to, że w końcu trzeba się przyłączyć, żeby samemu nie stać się ofiarą.

Zdarzało się Wam usuwać znajomych? Znowu przyjmować i znowu usuwać? I tak jeszcze kilka razy… Zdaniem Laniera „model Facebooka może mieć wielki wpływ, wyznaczając, kto jest przyjacielem i o co w życiu chodzi”.

Obecność na Facebooku to nie tylko konieczność, ale także ucieczka przed wykluczeniem. Niewidzialna klatka, o której pisał Howard Rheingold. Zwyczajna iluzja. Pseudowspólnota. Jesteśmy tu, bo inni są. A przecież interesuje nas co słychać u naszych znajomych, których od dziesięciu lat nie widzieliśmy.

Ogarniasz swoich znajomych?

Ilu masz znajomych? 200? 300? 500? Wspominany już Gergen opisuje proces nasycenia, w którym „rozwijamy wciąż rosnącą liczbę związków – w pracy czy w zabawie, rzeczywistych czy wyimaginowanych“.

Życie sprzyja nawiązywaniu nowych znajomości, a Facebook pogłębia to jeszcze bardziej. Kojarzysz sytuację, kiedy któryś z twoich znajomych klinkął „lubię to“, a niedługo po tym, na tablicy pojawiały się wpisy jeden po drugim, aż do np. „16 znajomych lubi to“?

Facebook wyostrzył zjawisko, w którym „ja staje się w coraz większym stopniu zaludnione postaciami innych“. Bruce Wilshire zjawisko, kiedy zaczynami siebie wzajemnie imitować nazwał mimetycznym wchłonięciem. Walt Whitman pisał z kolei, że „zawieramy w sobie tłumy“.

Podglądając się codziennie, przeglądając swoie profile, przewiajając tablicę w górę i w dół… i tak w kółko, naturalnym jest, że przenikamy się i naśladujemy wzajemnie. Z drugiej strony inspirujemy się i poszerzamy wzajemnie swoje horyzonty.

Lubimy podobnych do siebie

Często jednak lubimy po prostu to samo. Już na długo przed Facebookiem jasne było, że lubimy osoby atrakcyjne, a  jeszcze bardziej osoby atrakcyjne i podobne do nas. Zjawisko, kiedy mamy tendencję do interakcji z osobami podobnymi nazywamy homofilią. Łatwo przewidzieć czyjeś poglądy, zainteresowania czy nawet orientację seksualną.

Z drugiej strony setki znajomych na Facebooku zaprzeczają liczbie Robina Dunbara – 150. Psycholog ustalił, że właśnie tyle osób w danym momencie życia jesteśmy w stanie ogarnąć. Cóż, wystarczy przytoczyć badania Skype’a, które pokazały, że tak naprawdę rozmawiamy z 2-3 osobami regularnie.

Gergen takie relacje, gdy mamy setki znajomych, nazywa „związkami ułamkowymi“. To znajomości budowane wokoł ograniczonych aspektów czyjegoś istnienia. „Dlaczego masz nie wziąć jednej ósmej mnie?“ – pyta Gergen.

Cierpimy na syndrom „poznawczego skąpca“. Poznanie kogoś jest tak czasochłone, że wolimy drogę na skróty. Relacje, kiedy mamy znajomych od imprezowania, od squasha czy od wakacyjnych wyjazdów skupiają się wokół nas. To inni dopełniają nasze sto procent. Ale o tym pomówimy w teatrze…

Przystanek drugi: Teatr

Internet sprzyja budowaniu własnego wizerunku. Jest jak scena w teatrze, gdzie każdy z nas może odgrywać własną rolę i stwarzać siebie na nowo. Kreować swoją tożsamość, czy też podwyższać swój status społeczny. Mieszkańcy Facebooka wiedzą, że to doskonałe narzędzie do marketingu osobowości.

Zaabsorbowanie sobą

Napisać czy nie napisać? Ile razy zastanawiamy się czy wrzucić coś na swoją Facebookową tablicę? A później z wypiekami na twarzy śledzimy licznik „lajków“ i rozkładamy komentarze na czynniki pierwsze. I co, myślisz, że wszystkich to co masz do powiedzenia interesuje? Jeśli tak, to się mylisz.

Patricia Wallace w „Psychologii internetu“ mówi o skoncentrowaniu się na własnym „ja“. Mamy przeświadczenie, że inni również interesują się naszym życiem w  takim stopniu, jak my sami. Wallace przywołuje prace Davida Elkinda, który podczas swoich badań stwierdził, że „młodzi ludzie wydają się zbyt zapatrzeni w siebie i mylnie sądzą, że inni podzielają to zainteresowanie“. Elking nazywa to zaabsorbowanie wyimaginowaną publicznością.

Cóż, tak samo jak zawsze wydaje nam się, że na pewno mamy rację, tak przeceniamy również wrażenie, które robimy na otoczeniu. Ale z drugiej strony, gdyby nie ten nasz narcyzm, to Facebookowe tablice byłyby zupełnie puste.

Co ludzie robią na Facebooku?

Nasz narcyzm potwierdzają również badania Piskorskiego, który sprawdził co ludzie robią na Facebooku i  jakie czynności nas pochłaniają najbardziej. I tak:

  • 35% ogląda profile i zdjęcia nieznajomych
  • 35% ogląda profile i zdjęcia znajomych
  • 9% przegląda swój profil
  • 8% dodaje treść w profilach
  • 8% dodaje lub usuwa znajomych

Obsada Facebookowego teatru wygląda zatem dość mizernie. Każdy z użytkowników jest aktorem odgrywającym własną rolę. To trochę jak teatr jednego aktora. Teatr ludzi skupionych na sobie. Laboratorium tożsamości powiedziałaby Sherry Turkle.

Idealne „ja“

Pracowita, szczęśliwa, zawsze uśmiechnięta, pełna różnych pasji. Chodzi na świetne imprezy, ma mnóstwo znajomych i ciągle podróżuje. To twoja znajoma z Facebooka? Moja też. Każdy ma taką i każdy z nas chce być tak odbierany.

Teoria kierowania wrażeniem E. Goffmana mówi, że każdy posługuje się odpowiednią taktyką, by ukazać się w takim swietle, ktore jego zdaniem jest najlepsze w określonej sytuacji.

Facebook to idealne miejsce do tego, by budować swoje „ja powinnościowe“, „ja idealne“. Do tego, by w w oczach innych i swoich także, uchodzić za – co tu dużo mówić – szczęśliwego człowieka sukcesu.

To ilu masz znajomych?

Ustaliliśmy już, że na Facebooku ważniejsze od „bycia“ jest „wydawanie się“. Podobnie jak ważniejsza bywa liczba znajomych od faktycznej wartości tych relacji.

Już samo pojawienie się na Facebooku jest wystawieniem się na ocenę innych. To bowiem ilu mamy znajomych, również wiele mówi o naszym profilu.

Tutaj można wymienić dwie grupy. Pierwsza idzie na ilość – im więcej znajomych, tym jestem fajniejszy, a  druga to zamknięte enklawy. Na wzór ekskluzywnych klubów towarzyskich. Towarzystwa wzajemnej adoracji.

Seth Godin uważa, że „zapisanie na listę znajomych na Facebooku dziesięciu, dwudziestu lub stu osób może być dobrym sposobem na podbudowanie własnego ego“. Ciekawe, którą drogę idziesz – ilość czy jakość? Teraz na czasie jest chyba usuwanie już wcześniej dodanych znajomych, prawda?

Przystanek trzeci: Agora

„Tak dla pochowania Kaczyńskich w piramidzie Cheopsa“, „Palikot jest obciachowy“ a może „Gdzie jest krzyż“? Tak wygląda nasza polska e-demokracja na Facebooku. Czy serwisy społecznościowe są szansą na pobudzenie do życia społeczeństwa obywatelskiego w wymiarze 2.0?

Daleko nam do sytuacji ze Stanów, kiedy to młody Chris Hughes zostaje dyrektorem ds. internetu w sztabie Baracka Obamy. Działania na Twitterze i Facebooku pozwoliły mu zebrać 28 milionów dolarów. Wszystko dzięki współpracy. Czy w Polsce jest to w ogóle możliwe?

Gdzie jest krzyż?

Pierwszą głośną akcją, którą udało się zorganizować na Facebooku i przenieść na ulicę było zebranie się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ale… co z tego? Zupełnie nic. Odbyła się publiczna szopka, uliczny kabaret, a krzyż wciąż stał. I teraz zresztą – już w wersji mobilnej – regularnie wraca pod Pałac.

Grupa pod krzyżem to na pewno nie był smart mob, czyli inteligentny tłum opisywany przez Rheingolda. Daleko też do grupy, która w 2001 roku poprzez SMS-y doprowadziła na Filipinach do obalenia Josepha Estrady. To nie była nawet grupa, która włączyła się do akcji „Zabierz babci dowód“.

Zdaniem sceptyków, internet to kakofonia rożnych głosów i brak tu rzeczywistego dialogu. Odwiedziny agory na Facebooku zdają się to potwierdzać.

Gwoździem do trumny jest nieumiejętne prowadzenie profilów przez polityków, kompletny brak interaktywności z użytkownikami (czyli jednocześnie z wyborcami), a jedynie okazjonalne zrywy przed zbliżającymi się wyborami.

Agora? Allegro!

Skupienie się na sobie i wychodzenie na własną scenę przynosi szczęście. Podobnie jak zakupy, które zdominowały życie współczesnego konsumenta i stały się oznaką normalności. Kiedy wpadło się w klatkę konsumpcjonizmu i wyznaje religię zakupów, to takie zachowanie nie sprzyja wykształceniu się społeczeństwa obywatelskiego.

Zajęci sobą , zatopieni we własnym narcyzmie nie mamy ochoty wychodzić na agorę. Agora to miejsce, gdzie aby skutecznie działać trzeba coś wspólnie zrobić. Podjąć konkretne czynności. Nie wystarczy kliknąć „lubię to“.

Dla użytkownika Facebooka większą wartość ma dziś Allegro, a nie agora. To nie społeczna postawa określa i  wyznacza pozycję, ale zakupy. Zdjęcia pod palmami, zdjęcia sushi i nowe gadżety. Rewia mody i biuro turystyczne. Tak, to wiedzie prym.

Utopijne czy destrukcyjne?

To już koniec wycieczki. Przyjemnie było patrzeć na mieszkańców Facebooka w termach. Wszystkie najnowsze badania również potwierdzają, że komunikacja przez internet pobudza nasze życie towarzyskie i daje szczęście.

Całkiem nieźle jest też w teatrze. Otwieranie się na innych, tudzież lansowanie i przełamanie wszechobecnej w internecie anonimowości to dobry krok w kierunku rozwoju agory. Dziś sobie tutaj nie radzimy, ale kto powiedział, że z paszportem Facebooka nie można odwiedzać innych państw. No chyba, że będą chcieli wizę…


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 13
 

Chcę być kitesurferem – FAQ

Dzisiaj każdy kto chce przeżyć coś niezapomnianego, może spróbować sił w kitesurfingu. Jak nie popełnić błędu na początku, przeczytajcie FAQ który pomoże wam dokonać właściwego wyboru. Kitesurfing to sport dla każdego!

Materiał przygotował : Marcin Popów /Akademia Kitesurf

Dziś mamy już 2011 rok i najstarsi polscy kite instruktorzy mają po 10-11 lat doświadczenia. W ciągu minionych kilkunastu lat powstały nowe konstrukcje kajtów, nowe deski a przede wszystkim nowoczesne systemy bezpieczeństwa. Ponadto międzynarodowe organizacje wypracowały bardzo skuteczny i bezstresowy system szkolenia. Dziś jest to sport dla każdego! Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie mówię tu o kitesurfingu wyczynowym, tą część zostawmy młodym „kiteświrom”, ale o jego „cywilnej” odmianie. Jedyne, do czego chcę was przekonać to byście nie zadawali już więcej pytań: „Przepraszam widziałem was jak latacie, czy ja też bym się do tego nadawał?”

Odpowiedź jest prosta i oczywista: Tak, od kiedy możesz zacząć?  Jeżeli podjąłeś już decyzję przeczytaj odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania i do zobaczenia w kite szkole a potem w powietrzu.

FAQ – czyli odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania?

KITESURFING – DLA KOGO?

Wiek – dolna granica?

Nie ma tu ograniczeń wiekowych, ale przyszły kitesurfer nie może być lżejszy niż 35kg. Poniżej tej masy nawet mały latawiec przy minimalnym wietrze będzie wyciągał nas z wody, co uniemożliwi ćwiczenie.

Wiek – górna granica?

Nie ma górnej granicy wiekowej widziałem już kursantów 60 letnich a sam uczyłem młodego duchem i ciałem 50-latka.

Czy muszę być ponadprzeciętnie sprawny ruchowo?

Wystarczy ogólna sprawność ruchowa by z powodzeniem uczyć się pływać na kite. Mówiąc bardziej obrazowo, jeżeli jesteś w stanie wykonać serie skłonów i ganiać za piłką przez godzinę czasu to zapraszamy.

Czy muszę być wyjątkowo silny by utrzymać kite w rękach?

Nie, latawiec jest przypięty do Ciebie za pomocą specjalnej uprzęży, a wiec drążek, który będziesz trzymał w ręku służy tylko do sterowania nim. Analogicznie kierowca samolotu nie trzyma w rękach kilkudziesięciu ton tylko lekki drążek. Kite to sport techniczny, a nie siłowy!

Czy można uczyć się samemu?

Oczywiście jak zawsze, ale, po co cofać się do lat 90 i opowiadać potem o wypadkach i błędach. Szkoła kitesurfingu to nie jedyna droga, ale z całą pewnością słuszna.

KITESURFING – GDZIE SIĘ UCZYĆ?

Co da mi szkoła kitesurfingu?

BEZPIECZEŃSTWO – będziesz szkolił się na najnowszym sprzęcie z najnowocześniejszymi systemami bezpieczeństwa. Przejdziesz przez poszczególne etapy spokojnie i pod opieką instruktora. W razie niebezpieczeństwa będziesz miał stałą i fachową asekurację na wodzie.

Pozwoli Ci zaoszczędzić pieniądze – dobra szkoła da Ci najlepiej dobrany sprzęt na każdym poziomie zaawansowania. Sprzęt, na którym będziesz się uczył będzie wart minimum 3000zł. Jeżeli go uszkodzisz w trakcie szkolenia usłyszysz jedynie: „Zróbmy krótką przerwą na wymianę sprzętu.” Gdy zaś uszkodzisz swój sprzęt usłyszysz cenę za naprawę lub, jeśli uczysz się na sprzęcie kolegi, jego cenę (znacznie wyższą niż cena kursu). Zepsuty sprzęt to koniec twojego szkolenia a nawet nie początek pływania.

Pozwoli Ci zaoszczędzić czas – każdy błąd zostanie wychwycony przez instruktora, więc nie będziesz musiał popełnić go „100razy” by zrobić minimalny postęp. Da ci możliwość poznania wielu rodzajów latawców (szybkich, wolnych, BOW, hybrydowych, C-shape) – w dobrej szkole w trakcie kursu będziesz miał możliwość przepłynięcia się na wielu typach kajtów, a to doświadczenie będzie niezastąpione przy kupnie sprzętu (po kursie), który będzie najbardziej odpowiedni dla Ciebie

Poznasz tam innych początkujących, z którym będziesz mógł później pływać i co bardzo ważne ucząc się z nimi będziesz miał możliwość ocenienia swoich postępów na tle grupy.

Jak wybrać dobrą szkołę kitesurfingu?

Każda szkoła ma swoją stronę internetową. Przeczytaj jej ofertę zwracając szczególną uwagę na:

Doświadczenie kadry – ilość lat stażu, przygotowanie merytoryczne do nauczania (studenci lub absolwenci AWF)

Sprzęt – dobra szkoła powinna dać Ci możliwość przetestowania kilku rodzajów desek i kajtów. Dobrze, jeżeli szkoli na sprzęcie z danego sezonu lub z sezonu ubiegłego.

Cena kursu – czy lepiej wybrać szkołę, która uczy do skutku czy taką, która ma dużą ilość godzin w kursie? – nie porównuj ilości godzin, jakie szkoła oferuje, porównuj poziomy, do jakiego szkoła doprowadzi Cię za określoną kwotę. Minimalnym etapem, do którego powinieneś wziąć kurs to etap: Pierwszych samodzielnych startów z wody.

Osprzęt w cenie kursu – dowiedz się czy w cenie kursu jest cały osprzęt, czyli pianka, trapez, kask, kamizelka, plus oczywiście kite i deska. Może się czaszami zdarzyć, że zostaniesz zaskoczony dodatkowymi kosztami przy rozliczeniu.

Gdzie są szkoły kitesurfingowe w Polsce?

Najwięcej szkół jest z całą pewnością na półwyspie Helskim. Na każdym kampingu aż do Chałup jest minimum jedna a na niektórych campingach i dwie szkoły kitesurfingowe. Szkolenia są także prowadzone w Juracie (koło molo), Jastarni (koło molo), Rewie, Karwi i na mazurach (w Wilkasach)

Gdzie są najlepsze warunki do nauki kitesurfingu?

Na pewno tam gdzie jest najwięcej szkół kitesurfingowych, czyli wzdłuż półwyspu helskiego. Nauka odbywa się tam na płytkiej i płaskiej wodzie a co najważniejsze jest tu praktycznie nieograniczona ilość miejsca na akwenie.

KITESURFING- KIEDY SIĘ UCZYĆ?

W jakim okresie są czynne szkoły kitesurfingowe?

Duża część szkół otwierana jest 1 maja i pozostaje otwarta do końca września. Te, które działają tylko w ścisłym sezonie z całą pewnością są otwarte od 15 czerwca do początku września.

Jaki okres jest najlepszy do nauki?

Ze względu na ilość kursantów (komfort na wodzie), siłę wiatru i ilość dni wietrznych a także temperaturę wody i otoczenia najlepiej przyjechać w okresie od początku czerwca do 15 lipca i od 15 sierpnia do15 września. W okresie od 15 lipca do 15 sierpnia spada ilość dni wietrznych, ale i gwałtownie rośnie ilość osób na akwenie (mniej miejsca na wodzie)

Gdzie się uczyć po zakończeniu polskiego sezonu?

Liczne szkoły kitesurfingowe organizują po zakończeniu polskiego sezonu wyjazdy na kite’a do ciepłych i wietrznych zakątków Europy i świata. Na takich wyjazdach można wziąć udział w identycznym kursie jak ten, który odbywa się na polskich jeziorach i morzach. Pamiętajcie jednak by nim zapiszecie się na wyjazd wypytać się jak wygląda akwen, na którym będziecie się uczyć na miejscu (głębokość wody, fala, rodzaj dna). Nie ma sensu utrudniać sobie sprawy ucząc się pierwszych ślizgów na falach przyboju.

KITESURFING – ILE TO KOSZTUJE?

Ile kosztuje kurs kitesurfingu?

W zależności od etapu do jakiego dojdziesz po takim kursie możesz zapłacić od 100 do 1200zł. Nie będę tu dokładnie opisywał, czego dowiesz się na każdym etapie, wszystkie te informacje są dostępne na stronach internetowych szkół kitesurfingowych.

Kurs demonstracyjny – obejmujący pilotowanie kite’a komorowego i teorie okna wiatrowego, – czyli wszystko to, co pozwoli Ci się zapoznać z podstawami sterowania kajtem. Będzie to wydatek od 100 do 250zł. Taki kurs to stanowczo za mało by powiedzieć czy będzie to twój ulubiony sport czy też nie, jeżeli chcesz się przekonać czy rozkochasz się w kitesurfingu proponuję by pójść od krok dalej.

Kurs podstawowy – obejmuję największą część teorii i około 80% umiejętności pilotażu latawca (komorowym i tubowym), ale nie obejmuje ślizgania się na wodzie (ewentualnie pierwsze próby startów). Według mnie jest to minimalny kurs, na jaki powinieneś się zdecydować, gdyż poznasz na nim wszystkie zasady bezpieczeństwa, systemy zabezpieczeń oraz zasady samoasekuracji. Jeżeli w tym momencie postanowisz uczyć się dalej samodzielnie nie zrobisz już krzywdy ani sobie ani innym i co jest najważniejsze jest duża szansa, że nie zdemolujesz sprzętu. Taki kurs to wydatek rzędu 500 do 750zł

Pełny kurs – obejmuje wszystkie wcześniejsze etapy plus naukę ślizgania się na desce. Po takim kursie będziesz już w pełni samodzielnym kitesurferem, który do pełni szczęścia (wracania w to samo miejsce, z którego wypłyną) potrzebuje już tylko kilku wietrznych dni ćwiczeń. Po tym etapie możesz już spokojnie kupować sprzęt i grzecznie czekać na wiatr. Pełen kurs to koszt od 750zł do 1200zł

Ile kosztuje sprzęt do kitesurfingu?

Do pływania na kite potrzeba: pianki, trapezu, latawca + baru (drążka sterowniczego), deski.

Podane poniżej ceny są cenami sprzętu, jaki jest najodpowiedniejszy do pływania w Polsce dla osoby o wadze koło 80kg.

Drogi sprzęt (nowy dobrej klasy): kite(z barem): 5000zł + deska 2000zł + pianka + 1000zł + trapez 550zł

W sumie: 8550zł

Średni sprzęt (używany dobrej klasy) : kite: 2500zł + deska 1000zł + pianka(nowa) 700zł + trapez 350zł

W sumie: 4550zł

Tani sprzęt (używany średniej klasy w dobrym stanie technicznym): kite: 1500zł + deska 600zł + pianka 400zł + trapez 200zł

W sumie: 2700zł

KITESURFING – ILE TO TRWA?

Ile godzin trwa szkolenie?

Kurs demonstracyjny trwa około 2-3 godzin, kurs podstawowy około 5-8 godzin, pełen kurs około 10-16 godzin

Ile dni muszę zarezerwować by wypływać określoną ilość godzin?

Największym problemem jest wiatr, jeżeli trafisz na sprzyjające warunki (wiatr o odpowiedniej sile i dobrą pogodę) kurs demonstracyjny to kwestia 1 wietrznego dnia. Kurs podstawowy to minimum 2 dni, pełen kurs to kwestia 3-4 dni na wodzie. Biorąc pod uwagę statystyki wiatrowe warto przyjechać na 2 lub 3 dni (oczekiwania na wiatr) więcej niż ilość dni potrzebnych do wypływania odpowiedniej ilości godzin.

Czy da się przewiedzieć, jakie będą warunki wiatrowe na najbliższe dni?

Jeżeli nie chcesz tracić czasu na czekanie na plaży na wiatr, poproś wybraną przez Ciebie szkołę by powiadomiła Cię o sprzyjających prognozach pogody. W takim wypadku przyjedziesz na kurs tylko w tedy, kiedy szkoła sprawdzi w Internecie prognozy i będą ona odpowiednie do przeprowadzenia kursu. Niestety wadą tego rozwiązania jest fakt, że decyzję o przyjeździe trzeba podjąć z dnia na dzień lub z jedno dniowym wyprzedzeniem.

Do zobaczenia na wodzie.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 24
 

Soma Bay – ostateczna kite rozgrywka

Długo przychodziło mi zebrać się, siąść i spisać to co działo się w Egipcie. Ale uznałem, że taki wyjazd nie może obyć się bez relacji. Na pewno było niekonwencjonalnie i zapadnie mi w pamięci na dłużej.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 5