Archiwum

Archiwa podzielone na miesiące:

 

Herbatka i paluszki u Premiera czy też coś konstruktywnego?

Inicjatywa spotkania Premiera Donalda Tuska z internautami pojawiła na przełomie roku 2009/2010. Teraz sprawy nabrały przyspieszenia. „Pomogło” z pewnością zamieszanie związane z „rejestrem stron i usług zabronionych” oraz list Premiera do internautów. Na ile jest to realna inicjatywa a na ile działania wizerunkowe, okaże się już w najbliższy piątek tj. 5.2.2010.

Maciej Budzich (Mediafan), bloger zajmujący się tematyką reklamy i mediów zaangażował się (w organizację) w spotkanie Premiera z Internautami, blogerami (?). Ze względów logistycznych nie każdy będzie mógł wziąć udział w tym spotkaniu osobiście, ale wykorzystując potencjał mediów społecznościowych każdy chętny internauta będzie mógł zabrać głos korzystając czy to z Facebooka (z tego co patrzę już nieaktualne), GoldenLine, Blipa, Twittera, Flakera, YouTube, Skype, maila, czatu oraz śledzić przebieg tej debaty dzięki transmisji internetowej live stream). Wiecej przeczytacie na stronie: zapytajpremiera.pl

O inicjatywie opowie też sam zainteresowany, w tym filmie:

Formuła spotkania, data oraz reprezentacja internautów nie jest jeszcze określona, co spowodowało już szereg spekulacji i domniemań. Łącznie z tą iż Maciej Budzich jako osoba z środowiska reklamowego nie jest wiarygodna. Trochę iż więcej, jest to naciągane, to jak jakby przyznawać „punkty” za pochodzenie. Maciek podjął ryzyko wizerunkowe, „pośrednictwa”, „animowania takiej debaty”. Latami budował swój wizerunek, który może być nadszarpnięty, jeśli oczekiwania Internautów rozminą się z rzeczywistością polityki wizerunkowej rządu. Nie powiem, dużo ryzykuje, co trzeba docenić. Generalnie, wcale tego robić nie musiał. Więc krytyka ad priori, jest nie na miejscu.

Bo, debatę, rozmowę, spotkanie (nie znam ostatecznie formuły) zdominuje na pewno jeden temat…
„Ustawa o zmianie ustawy o grach hazardowych oraz niektórych innych ustaw”, z którą wiąże bardzo wiele emocji i sporów.

O co chodzi z ustawą „hazardową”?
Stworzoną w ekspresowym tempie i jeszcze szybciej (w tydzień) przepchniętą przez parlament ustawę hazardową Sejm przyjął 19 listopada 2009. Prezydent jeszcze nie zdążył jej podpisać, a już zaczął się proces nowelizacji. Ostateczny projekt „Ustawy o zmianie ustawy o grach hazardowych oraz niektórych innych ustaw” nosi datę czwartego stycznia, a przez rząd został przyjęty 19 stycznia 2010. Teraz nowelą zajmie się Sejm.

Jakie są zastrzeżenia środowiska internetowego, wobec projektu rzeczonej ustawy?

Najczęściej pojawiające się zagadnienia/zastrzeżenia „środowisk internetowych”:
- wprowadza cenzurę prewencyjną.
- jest niepotrzebny (projekt), bo dubluje pracy prokuratury: skoro pornografia dziecięca i tak jest zakazana i ścigana, to po co specjalny rejestr?
- utrudnia odwołanie się od decyzji sądu: jak bloger ma przedstawić tytuł prawny do strony na darmowym serwerze? Ponadto odwołać się może tylko właściciel, nie użytkownik, któremu odcięto dostęp do informacji
- jest faktycznie nieegzekwowalny: blokadę informatyczną stosują Chiny i jeśli Polska miałaby skutecznie egzekwować nowe prawo, musiałaby korzystać z chińskich środków: blokowania adresów symbolicznych i numerycznych, zakazania szyfrowanych połączeń i filtrowania treści zapytań,
- ignoruje kwestię odszkodowań za bezprawne blokowanie stron,
- jest zbyt ogólny i wprowadza możliwość dowolnych interpretacji: „treści, które umożliwiają uzyskanie informacji mogących służyć do dokonania operacji finansowych bez zgody dysponenta środków finansowych” bez większego wysiłku można znaleźć np. w Google lub Facebook,
- daje możliwość nadużyć: internauci zauważają, że teoretycznie wystarczy umieścić w komentarzach na stronie konkurencji linki do stron pornograficznych lub hazardowych i powiadomić policję, żeby strona została zablokowana, podobnie rzecz się ma z konkurencją polityczną,
- a wreszcie nie był konsultowany z organizacjami ITC (zajmującymi się technologiami informacji i komunikacji), jak Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji czy Polskie Towarzystwo Informatyczne czy też Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB.

Nie przeczę temat jest istotny, z punku widzenia przyszłości polskiego Internetu. Sposób prac nad nim i ilość niedoróbek składnia do jednego wniosku. Jeśli rząd i Premier chcą wziąć na „serio” pod uwagę głosy środowiska internetowego to konkretem jest wstrzymanie nieszczęsnych prac nad ta ustawa. Oddanie jej do konsultacji społecznych z zainteresowanymi (którzy m.in napisali list otwarty dot. przyszłości polskiego Internetu): organizacjami pozarządowymi, organizacjami branżowymi, biznesu, prawnicy, znawcy tematu, internauci (ale właśnie kto?).

Mówi o tym wprost list Pracodawców Branży Internetowej IAB do premiera z 26.1.2009:
„Bez respektowania swobody prowadzenia działalności gospodarczej, jawności procesu legislacyjnego (z uwzględnieniem konieczności przeprowadzania konsultacji społecznych na każdym etapie prac legislacyjnych), wolności wyrażania poglądów i pozyskiwania informacji, wolności korzystania z dóbr kultury, wolności twórczości artystycznej i badań naukowych oraz prawa do prywatności, stanowione prawo zaprzeczy idei demokratycznego państwa prawnego.”

Dalej konkretem jest nie dyskusja i spotkanie z Internautami w świetle fleszy ale prace z wyżej wspomnianymi grupami także nad rozwojem „przemysłu cyfrowego”, wsparcie programu Polska 2030. To bardziej długofalowe w skutkach rzeczy niż jedno spotkanie czy też stworzenie efemerydalnej „platformy rozmowy rząd-internauci”.

Stąd moje pytania, które wystosuje do Premiera na tym blogu:
1. Jak planuje Pański rząd rozpocząć w Polsce cyfrową rewolucję? „Jedno okienko” dla przedsiębiorców nie zawsze działa, biurokracja urzędnicza czy sadownicza nadal ma się dobrze, e-sądy niekoniecznie mogą się sprawdzić… opór materii trwa.
2. Z badań konsumpcji mediów Startrack 2009, wynika że następuje coraz większy podział na Polskę A i B (osią podziału jest korzystanie lub nie z Internetu). Co w tej materii planuje Pańska administracja w doraźnych działaniach, a co w długofalowych? Co ze studium wykonawczym dot. rozwoju Internetu w tzw. „ścianie wschodniej”? Za chwilę Polska może stracić kilkaset milionów euro dofinansowania.
3. Jak chce Pan przekonać i wdrożyć Pańska administrację, do fundamentalnych zmian: zwłaszcza starszą lub nie obytą tak mocno w technologiach część administracji lokalnej, urzędników i też społeczeństwa?
4. 12. 2008 r. rząd przyjął Strategię Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego do 2013 r. Ponadto powołany został zespół Polska Cyfrowa, który przygotował zbiór praktycznych rekomendacji i zaleceń, a także propozycji zmian legislacyjnych. Czy możemy poznać więcej szczegółów, poza tymi które można znaleźć na stronie KPRM? Czy w pracach biorą udział partnerzy społeczni, jeśli tak to w jakiej formule?
5. Dokument „Polska 2030”. Mrzonki i czy realizm? Co dalej – debaty, rozmowy… a kiedy wdrożenie, działania strategiczne?
6. Jak Pański rząd zamierza prowadzić długofalową, aktywną „politykę przemysłową” rozwijającą polski przemysł cyfrowy – począwszy od wsparcia nauki, szkolnictwa kończąc na odpowiednich ustawach, narzędziach podatkowych. 7-8/10% rocznie PKB nie powstanie, od tak sobie w ciągu kilku lat.

Będę wdzięczny za publiczną odpowiedz, związana z postawionymi powyżej zagadnieniami. Będzie to dla zainteresowanych, większy pożytek niż kilkanaście wycinków prasowych czy programów w TV. To krótkie i szybkie działanie, ale niekoniecznie skuteczne długofalowo. A długofalowo, ucieka nam „pociąg rozwoju” i przyszłość kraju.

Na koniec dodam, że pomysł spotkania Premier – Internauci jest ciekawy, ale za nim musza iść dalej konkrety. W Internecie, każda marka i firma – jej zamiary są bardzo SZYBKO weryfikowane. Nie sztuka tylko „flirtować” z tak wymagajacymi konsumentami, odbiorcami komunikatów. Inaczej, protesty Internatuów (z jakimi mamy do czynienia) staną się chlebem powszednim, a to w roku wyborów prezydenckich dla kandydata na prezydenta z partii Premiera jest bardzo niebezpieczne. Znacznie bardziej wolałbym by ta energia, poszła w konstruktywne budowanie „Cyfrowej Polski”.

Info: obrazek „gdzie są komputery” pochodzi z bloga Artura Kurasińskiego

Postulaty internautów: za tvn24.pl


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 8
 

Marketing: jest czymś innym, niż prawda i kłamstwo – rozmowa z Piotrem Tymochowiczem

Mojego rozmówcy nie trzeba praktycznie przedstawiać. Większość czytelników zajmujących się na co dzień różnymi formami komunikacji ma wyrobione zdanie na jego temat, co tylko świadczy o jego skuteczności. Piotr Tymochowicz jest doradcą medialnym, specjalistą ds. wizerunku i marketingu politycznego, konsultantem w zakresie prowadzenia negocjacji, autorem i propagatorem metod teorii wywierania wpływu. Osią naszej rozmowy stał się proces budowania wizerunku i związane z nim wyzwania komunikacyjne.

Jacek Gadzinowski:
Panie Piotrze, od czego zależy sukces w budowie wizerunku osoby, polityka, biznesmena, firmy czy marki? Czy jest to pochodna konsekwencji, pomysłu czy też po prostu treści przekazu, w dobie szybkich i rozdrobnionych mediów. Pytanie jest istotne zwłaszcza w obliczu faktu, że czasem tej treści jest mało lub w ogóle jej nie ma.

Piotr Tymochowicz:
To tak jakby wyjaśnić z czego składa się białko. Teoretycznie można powiedzieć o tym w jednym zdaniu, pod warunkiem że elementy składowe tego zdania będzie się rozumiało. Kiedyś zastanawiałem się nad stworzeniem matrycy zależności, parametrów, których funkcją może być sukces w budowie wizerunku. Mówiąc prościej, co należy uczynić, aby zmaksymalizować prawdopodobieństwo sukcesu przy tak wielkiej liczbie zależnych parametrów?

Nigdy nie miałem tak wielkich ambicji, aby zajmować się wszystkimi tymi parametrami, czyli próbować sformułować pełną receptę na sukces. Konsekwencją takiego podejścia byłaby bowiem analiza wszystkich możliwych parametrów, zaangażowanie wybitnych doradców do każdego z nich, a to jest przecież niemożliwe. Mnie natomiast zawsze interesował tylko jeden segment tej układanki, tylko albo aż, bo to bardzo ważny segment: komunikacja na różnych poziomach wraz z wywieraniem wpływu.

William Edwards Deming (14 października 1900 – 20 grudnia 1993) – amerykański statystyk, stworzył Total Quality Management czyli Kompleksowe Zarządzanie Jakością. W Polsce z TQM zostały nam tylko normy ISO, reszta nie za bardzo się przyjęła. Co okazało się najsłabszym elementem TQM w Polsce i nie tylko? Komunikacja między ludźmi, która jest najsłabszym ogniwem każdej organizacji, firmy. To jest temat, którym zajmuję się na co dzień. Problem polega na tym, że słowo „komunikacja” brzmi dość trywialnie, zamiast zawierać w sobie – zarządzanie wizerunkiem i wywieranie wpływu (w tym sterowanie wizerunkiem u siebie i innych). Tylko wtedy mówimy o pełnej komunikacji, a nie o odtwórczym, biernym zachowaniu.

Jacek Gadzinowski:
Ile jest w takim pojmowanym tworzeniu wizerunku gry pozorów, gestów, a ile konsekwentnej komunikacji?

Piotr Tymochowicz:
A jak na podobne pytanie odpowiedzieć w kontekście reklamy? Czy reklama to gra pozorów, czy rzeczywistość? Przecież to identyczna płaszczyzna, podobnej dziedziny. Poza tym problem jest w tym, kto to ma niby rozstrzygać – co jest pozorem a co rzeczywistością?

My wszyscy, mamy o sobie lepsze mniemanie niż ktokolwiek inny, więc każdemu z nas będzie się wydawało, że posiadamy najbardziej miarodajną wykładnię prawomocnej oceny.

Jacek Gadzinowski:
Ubieramy zatem pewne maski, na potrzeby rodziny, biznesu, prywatnych spraw czy też organizacji lub firmy?

Piotr Tymochowicz:
Tej maski często nie zdejmujemy też względem siebie. Bardzo trudno jest więc powiedzieć, gdzie znajduje się granica tej gry pozorów i co jest tzw. rzeczywistością. Wychodzę z założenia że, tzw. rzeczywistości po prostu nie ma.

Jacek Gadzinowski:
Czyli to jednak pozór…

Piotr Tymochowicz:
To takie modne podkreślać na każdym kroku jak bardzo brzydzimy się różnych masek, a jak bardzo dbamy o tzw. bycie sobą. To bzdura, ponieważ już jako dzieci uczymy się głównie poprzez naśladownictwo, więc niemal wszystkie elementy naszej dumnej indywidualności są podpatrzone od innych. Poza tym, jako fizyk i psycholog jednocześnie zajmujący się tymi tematami intensywnie od 27 lat, powiem Panu, że ten rzekomy pozór może Pan zmierzyć, zważyć i policzyć – a jeśli tak, to już nie jest pozór, ale normalna wartość fizyczna lub psychologiczna. Można zapytać jaki jest wizerunek Słońca względem Ziemi? Czyli jak Ziemia postrzega Słońce. Pan nie otrzymuje w tym przykładzie pozoru, Pan otrzymuje w efekcie natężenie pola grawitacyjnego. A to jest już element rzeczywistości.

Jacek Gadzinowski:
Pozostańmy w tej grze pozorów lub rzeczywistości. Na ile wiarygodne w tym kontekście jest tzw. „otwieranie się” polityków, organizacji czy też firm na social media (blogi, mikroblogi, zdecentralizowane sieci społeczne). Mamy teraz wysyp tego typu aktywności – swą obecność w tego typu środowisku manifestują Prezydent, Premier, firmy, organizacje…

Piotr Tymochowicz:
Politycy, decydenci w firmach zachowują się tak pozornie na ile pozwalają im ci, którzy powinni im patrzeć na ręce, na ile pozwalają wyborcy. Czy zaufanie zależy od konsekwencji? Już małe dzieci jeśli zobaczą, że nie jesteśmy konsekwentni to przestają mieć do nas zaufanie. A dzieci bardzo dobrze pamiętają co obiecujemy i jak się z tego wywiązujemy. Wyborcy i inwestorzy są w pewnym sensie takimi małymi dziećmi. Problem polega na tym, że ci ludzie w swojej masie mają bardzo krótką pamięć. Gdy zajmowałem się jeszcze politykami, starałem się mieć taki schemat, starałem się przewidywać reakcje społeczne, opinii publicznej, tak jakbym miał do czynienia z umysłem chorym na chorobę Alzheimera w jej przynajmniej pierwszym stadium. Wiedziałem, że po roku osoby będące elektoratem czy zainteresowanymi zapomną o tym co złe, niewiele pamiętając. Bywa, że zapominają po czasie znacznie krótszym, szczególnie wszelkie niespełnione obietnice.

Jacek Gadzinowski:
Czyli klasa polityczna, i to nie tylko polska, jest otwarta na takie nowości po to, aby przypodobać się młodszemu elektoratowi? Czy jest to rodzaj zagrania pod publiczkę zgodnie z regułą „Daj głos, a później i tak zapomnisz”?

Piotr Tymochowicz:
Mówi Pan o politykach, tej kaście czy elicie – jakby to byli kosmici, albo przynajmniej ludzie bardzo od Pana, czy od nas – różniący się, czyli tzw. – Oni. To nonsens, który jak rozumiem poprawia Pana samopoczucie, bo postrzegając sprawę w takim świetle w jakiś sposób czuje się Pan lepszy. To jednak tylko pewna poza – niewiele więcej, Pana poza, ponieważ wszyscy niewybrani w danych wyborach mogliby mówić identycznie.

Mam złą wiadomość – ci wybrani przez nas politycy to My w całej swojej krasie. Jeśli akurat przypadkowo Pan zostałby wybrany, niczym od nich by się Pan nie różnił, postępowałby Pan identycznie. Oczywiście możemy przyjąć, że w ogóle by Pan nie startował, że nie zależy Panu na władzy, pieniądzach i polityce. Tyle, że taką pozę przybiera 99 procent owych polityków zanim nie zostaną wybrani – niestety.

Polityk nie jest po to by być terapeutą swojego czy obcego elektoratu. Polityk nie jest po to by być mężem stanu. Polityk nie jest wreszcie po to by kreować zaufanie. Polityk kreuje natomiast wpływy. Spójrzmy co jest celem polityki. Celem każdej partii politycznej jest przejęcie władzy. Celem każdego lidera partii politycznej jest bycie premierem albo prezydentem. Więc cel niestety uświęca środki.

Jacek Gadzinowski:
Można zatem stwierdzić, że polityk to tylko produkt, a więc w kontekście kreowania wizerunku jest podobny do masła, samochodu czy proszku do prania?

Piotr Tymochowicz:
20 lat temu, wypowiedziałem to zdanie w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Stwierdziłem, że „polityk jest tak samo dobrym produktem jak płuczka do płukania protezy zębowej”. Nie wyobraża Pan sobie jaka lawina krytyki się posypała. Wypowiadali się filozofowie, specjaliści od propagandy, wszyscy jak jeden mąż mnie krytykowali. „W jaki sposób ten Tymochowicz mógł człowieka z krwi i kości porównać do produktu”. Napisał o tym Tomasz Lis w Gazecie w artykule „Abrakadabra: „Jak śmie porównywać polityka do produktu”. A teraz jest to oczywiste, wszyscy to robią i nikt z tym nie czuje się źle.

Jacek Gadzinowski:
Skoro jesteśmy na etapie traktowania polityków podobnie jak spłuczki czy też środków czyszczących – czy jest szansa, aby któryś z polskich przedstawicieli tej profesji powtórzył sukces Obamy na podobną skalę, używając tych samych narzędzi, dźwigni? Czy to tylko kwestia zrozumienia podstaw, że była to po prostu zwykła dobrze przeprowadzona kampania reklamowa produktu o nazwie Obama?

Piotr Tymochowicz:
Nie do końca, nie do końca była to tylko kampania reklamowa w USA. To raczej spójne połączenie metod marketingu, PR-u, technik komunikacji, trend settingu (twitter) i wielu, wielu innych elementów – z których ważnym był też showbiznes, czy ściślej mówiąc elementy strategii showbiznesowych. U nas za wcześnie jeszcze na tak odważne połączenie.

Jacek Gadzinowski
:
Pierwszy rok prezydentury Obamy pokazał, że nowe narzędzia, ładne gesty i słowa, czy wreszcie showbiznes nie wystarczą. Zabrakło prawdziwej charyzmy i umiejętności rządzenia. Produkt był aż za bardzo przereklamowany, pojawiły się gafy i błędy. A może po prostu sytuacja odziedziczona po poprzedniku była aż tak zła?

Piotr Tymochowicz:
Nie ma się co łudzić, każdy produkt polityczny jest tylko produktem. Odwołam się do pewnej sytuacji. Byłem w banku, mocno zdenerwowany, bo potraktowano mnie dziwnie. Na ulotce reklamowej naliczyłem 28 kłamstw, stwierdzeń i haseł, które ewidentnie mijały się z prawdą. Co dostałem w odpowiedzi? „Przepraszam Pana”, powiedział dyrektor oddziału, „ale te foldery i reklamy robi firma zewnętrzna, która z bankiem nie ma nic wspólnego i obawiam się, że oni nie wiedza co robimy, jak działamy, jakie mamy procedury.” Wracając do Obamy, liczą się ambicje, liczył się plan zdobycia władzy. Teraz natomiast nastąpiło zderzenie z brutalną rzeczywistością. Ci ludzie (politycy), traktują to strasznie ambicjonalnie, gdzieś w tle oczywiście są finanse.

W Polsce liczy się przede wszystkim interes własny posłów, czasem sprzężony z interesem partyjnym, czasem nie. Jeśli jest powiązany z interesem partyjnym, polityk będzie skłonny robić z siebie kompletnego idiotę, tłumacząc bzdety chorego psychicznie prezesa na górnolotno-patriotyczne frazesy, jeśli nie, będzie dotąd zmieniać partię, aż będzie zgodna z jego interesem. Na drugim miejscu jest interes partii, czyli im gorzej się dzieje w Polsce, jeśli jesteśmy w opozycji, tym lepiej dla nas.

Trzeciego miejsca – czyli interesu społecznego lub narodowego po prostu nigdzie nie ma, a jeśli są takie pozory, to tylko po to, aby podwyższyć sobie słupki notowań.

Jacek Gadzinowski:
Czy w przypadku prezydenta Obamy jego rzekoma charyzma była tylko „opakowaniem” wykreowanym na potrzebę chwili i mającym przyciągnąć wyborców?

Piotr Tymochowicz:
Wyborcy potrzebni są tylko do kampanii wyborczych, a to dlatego, że nie mamy demokracji czy to w Polsce czy to na świecie. Mamy tylko jej pewien wizerunek. Tworzy się nam iluzję demokracji, natomiast prawdziwej demokracji nigdy nie było. Nie dopuszcza się obywateli do żadnych procesów rządzenia krajem, nie wybieramy ministrów, nie wybieramy premiera. Kogo my wybieramy? Wybieramy pewną wizję, iluzję. To jest ustrój „wizerunkowo-demokratyczno-oligarchiczny”. Wybieramy wizerunkowo, a później ci oligarchowie w naszym imieniu wybierają już kolejne osoby spośród sobie znanych.

Jacek Gadzinowski
:
Spoglądając na grunt polski widzimy „politykę miłości”. Postrzegając ją przez pryzmat korzystnych wyników sondaży i badań, a także pewnego spokoju społecznego, z jakim mamy obecnie do czynienia, można stwierdzić, że jest ona synonimem sukcesu. Czyli jest nie tylko ładna z perspektywy politycznej estetyki, ale również skuteczna?

Piotr Tymochowicz:
Znam agencję reklamową, która stworzyła ten „slogan”. Ta agencja nigdy nic nie robiła dla marketingu politycznego, dla żadnych partii, dla żadnego polityka. Ale przygotowali bardzo ładną prezentację, przedstawili dobre badania. Zainwestowali w nie dość dużo. Przedstawili „co by lud powiedział, jeśli Donald Tusk operowałby pojęciem miłości”. Wyniki tych badań były na tyle szokujące że, pan Premier i politycy jego partii przyjęli to bez żadnych zastrzeżeń. To jak z tym bankiem, o którym mówiłem wcześniej – jakaś agencja opracowała program i przyjęto go. Nie ma co łudzić się, że jest inaczej.

Pytanie zasadnicze, czy to jest oszustwo? I tak, i nie. Chcemy kupować nadzieję i bezpieczeństwo, ten upragniony spokój. Jeśli pomalujemy plastikowe owoce i warzywa, na żywe kolory i nakręcimy reklamę – czy to jest oszustwo? W tej chwili, specjaliści są skłonni mówić że nie. Jest to coś poza kłamstwem i prawdą, takie niedopowiedzenie, oś prostopadła do kłamstwa i prawdy. Dzieje się tak nie tylko w polityce czy reklamie, ale także w dyplomacji. Marketing: jest czymś innym, niż prawda i kłamstwo. Czy dyplomata jest kłamcą? Nie, on nie mówi wszystkiego, albo mówi tyle ile może w danym momencie powiedzieć. Nie mówi zatem pełnej prawdy, ale również nie kłamie.

Jacek Gadzinowski:
Czy w polityce, a także w biznesie pozostał jeszcze pierwiastek realny? Czy mamy już do czynienia tylko z post-polityką, z post-biznesem, z polityką i biznesem wyłącznie wizerunkowym?

Piotr Tymochowicz:
W historii, każda ideologia ma swój cel, czas życia, rozkwitu i śmierci. Tak było m.in. z ustrojem feudalnym. To co dzieje się obecnie w polityce, zresztą nie tylko w Polsce, to jest taki feudalizm marketingu. To już upada, bo dochodzimy do zaprzeczenia wszystkiego co było związane z uprawianiem polityki. Gdzie uprawia się politykę? Tylko podczas głosowania? Ludzie nie mają świadomości, że prawdziwą politykę uprawia się w komisjach i nie chodzi tu o komisje śledcze. Nie są one pokazywane w mediach, niewiele się o nich mówi. Są to nieciekawe i żmudne prace, które nikogo nie interesują. Z powodu braku zainteresowania mediów coraz mniej polityków jest zainteresowanych tego typu pracą. W efekcie obserwujemy kompletną degradację prac komisji sejmowych (nie tylko w polskim przypadku), co później przekłada się na ministerstwa. 0,1% prac jest wykonywana w ministerstwach, reszta jest realizowania w oparciu o zewnętrznych konsultantów i ekspertów. Wydawane są kosmiczne państwowe pieniądze. Jednocześnie mamy w ministerstwach przerosty zatrudnienia i masę osób niekoniecznie zajętych swoją podstawową pracą. W ekspertyzach, nie znajdzie Pan kompleksowej pracy danego ministerstwa. Wszystkie te rzeczy są zlecane na zewnątrz.

Jacek Gadzinowski:
Skoro media kształtują aktywność polityków i w gruncie rzeczy zniechęcają ich do zasiadania w komisjach, to gdzie wybrańcy narodu spędzają czas, który powinien być poświęcony na pracę i czym de facto się zajmują?

Piotr Tymochowicz:
Można zaryzykować, że nie ma już polityki – jest tylko PR polityczny. Miejscem pracy premiera, ministrów, polityków czy posłów nie jest już sejm czy gabinety, ale media – np. TVN24

Jacek Gadzinowski:
Czyli telewizja jako wiodące medium, będzie nadal „królem budowy wizerunku i PR, sprzedaży danego produktu”?

Piotr Tymochowicz:
Teoretycznie mogłoby być tak w nieskończoność. Ale, na całe szczęście ten feudalizm, o którym wspomniałem upadł. Powstał przejściowy etap wilczego kapitalizmu sieciowego. Na szczęście mamy zatem pewną perspektywę. Coraz mniej ludzi będzie oglądało telewizję, coraz bardziej popularna będzie technologia bezprzewodowego Internetu, a także WIMAX, który prędzej czy później stanie się standardem również u nas. Internet musi wchłonąć telewizję i stare media, to nieuniknione.

Spójrzmy na badania, dotyczące konsumpcji mediów wśród młodego pokolenia. Ci poniżej 21 lat, praktycznie nie używają telewizji, nie oglądają jej, nie mają pojęcia o serialach i tzw. gwiazdach, nie śledzą tam wiadomości. Całą swoja wiedzę i rozrywkę czerpią z Internetu. To jest pewien pozytyw, bo politycy działając PR’owo w TV będą mieli coraz mniejszy zasięg działania.

Jest jeszcze jeden trend, który myślę za chwile nastąpi. W polityce i nie tylko będą wygrywać think tanki. Partia polityczna, która nie będzie miała zorganizowanego zespołu ekspertów, wskazującego jak działać i funkcjonować, będzie musiała zniknąć z powierzchni ziemi. To już widać w Niemczech, Hiszpanii, nie mówiąc już o Wielkiej Brytanii czy USA. Zobaczy Pan jak błyskawicznie nastąpi ten proces, druga połowa 2010 i 2011 roku będzie okresem rozwoju polskich think tanków w partiach politycznych czy też ruchach społecznych. To będzie duży rozwój i przewrót w myśleniu, działaniach. To może być koniec epoki PR w telewizorze, jaki znamy. Sam PR będzie się miał dobrze, ale będzie trzeba go już robić mądrzej, zmyślniej. Będzie w tym pewna warstwa intelektualna.

Jacek Gadzinowski:
Część polityków czy marek, wchodzi z wyrachowaniem do tabloidów, plotkarskich social media. Myślą że w ten sposób odbiją sobie słabnącą rolę telewizora. Czy te media są sojusznikami i partnerami w budowie właściwej komunikacji, budowie wiarygodnej reputacji?

Piotr Tymochowicz:
To postępowanie przypomina mi węża zjadającego własny ogon. To bardzo krótkowzroczne działanie, nie budujące długofalowo żadnego efektu dodanego. Przykładem może być były premier Marcinkiewicz.

Jacek Gadzinowski:
Jest jeszcze jeden bożek polityków, sondaże i badania opinii publicznej. Na ile politycy są niewolnikami sondaży i budowy wizerunku w rytm tych wahnięć? Czy jeśli ekspertyzy wspomnianych przez Pana think tanków będą również badane w ten sam sposób, to w gruncie rzeczy nic się nie zmieni w tej materii?

Piotr Tymochowicz:
Załóżmy, że jako partia polityczna potrafimy już zarządzać wizerunkiem i wiemy jak to działa. Mam zatem dwie możliwości: albo iść drogą pasywną albo aktywną. Pasywna ścieżka oznacza, że polityk mówi to co lud chce usłyszeć. Polityk pielęgnuje swój dobry wizerunek, nie wykonuje żadnych innych ruchów. Efekt jest taki, że jeśli pojawi się jedna niewłaściwa rozmowa na cmentarzu, to ów polityk jest usuwany w cień lub znika z pierwszej linii partii. Mamy jak amen w pacierzu, że jeśli wystąpi jakaś zła sytuacja polityk o nas zapomni, mimo iż wcześniej był naszym przyjacielem.

W drugiej ścieżce – aktywnej, znamy mechanizmy rządzące społeczeństwem i jego zachowaniem, wiemy jak kreować wizerunek. Próbujemy ludzi do czegoś przekonać, wywrzeć taki wpływ, że w przypadku niepopularnych reform sprzedajemy je jako coś potrzebnego. Wtedy taki przyjaciel, polityk nie odwróci się od nas plecami, gdy coś nie pójdzie tak jak powinno. Ta druga droga w Polsce, jeszcze nie jest znana i praktykowana. Za bardzo działania są skoncentrowane na sondażach i ich wahaniach. Ale dzięki think tankom ta trudniejsza, aktywna droga być może zacznie funkcjonować całkiem udanie.

Jacek Gadzinowski
:
Dzisiaj próbuje się iść na skróty, złamać regułę prymatu sondaży. Mamy do czynienia z eventami, skandalami, kreowaniem wydarzeń pod telewizję i na blogach. W tego typu zagraniach specjalizuje się przede wszystkim Janusz Palikot, ale dzielnie wspierają go też Joanna Senyszyn i Ryszard Czarnecki. Czy udowadniają w ten sposób, że polityka to w coraz większym stopniu wyłącznie show?

Piotr Tymochowicz:
Jest to pewna droga, droga na skróty. Proszę zobaczyć jakie jest postrzeganie posła Palikota. Ile ludzi bierze jego show na poważnie, a ile osób poczytuje w nim profesjonalnego polityka, który rozwiąże ich problemy. Ta krótka droga, o której wspomniałem, może jest widowiskowa, być może nadaje się do telewizji i na blog, ale jest tylko happeningiem politycznym. Myślę, że na dłuższą metę tacy politycy będą więcej tracić niż zyskiwać. W końcu ile można wymyślać gadgetów i ładnych słów, jak długo można obrażać swoich oponentów. Publiczność w którymś momencie może się już znudzić. I co wtedy?

Jacek Gadzinowski:
Na ile polityk czy szef firmy lub organizacji pełni przypisane sobie funkcje, a na ile jest tylko „zasobem” budującym wartość – swoją, czy też partii, firmy lub organizacji, na rzecz której działa w danym momencie?

Piotr Tymochowicz:
Nie ma nic dziwnego w tym, że dobry szef czy polityk buduje wartość swoją czy swojej firmy. Jego sukces jest sukcesem tym większym, im bardziej będzie rozpoznawalny na rynku. Nie po to rozmawia z konkurencją, z head hunterami biznesowymi czy politycznymi, aby przejść do konkurencji. On w ten sposób podnosi swoją wartość i wartość firmy, organizacji w której pracuje. Praca nad swoim wizerunkiem, czy wizerunkiem firmy, organizacji lub partii jest także PR w szerszym znaczeniu. Nie mówię tylko o brand employment, ale czymś więcej niż reputacji budowanej latami.

Jacek Gadzinowski:
Czy patrząc na kryzysy wizerunkowe, zmiany w percepcji marek i ludzi, a także wyborców, nie odnosi Pan wrażenia, że aktywne zarządzanie wizerunkiem sprowadza się obecnie do permanentnego „gaszenia pożarów”?

Piotr Tymochowicz:
Sztaby kryzysowe to normalna część firm, organizacji czy administracji. Tam gdzie ich nie ma, można mówić o braku przygotowania do konkurencji na rynku, który jest coraz bardziej drapieżny. Każda marka, partia, produkt przechodzi różne cykle życia, od narodzin do śmierci. Im bardziej się starzeje, tym więcej występuje kryzysów i naprężeń. Nie ma w tym nic dziwnego, a nowe media wcale nie zwiększyły skali zjawiska. Kryzysy wizerunkowe, zawsze były częścią budowania wizerunku. Są takie organizacje jak np. Radio Maryja i o. Rydzyk, które wręcz bazują na tym w swojej działalności, co chwilę ogłaszając stan zagrożenia z zewnętrz. Można powiedzieć, że to świadome wykorzystanie syndromu „oblężenia twierdzy”.

Jacek Gadzinowski:
Czy wizerunkowo, każdego człowieka i markę można efektywnie, szybko wykreować „od zera do bohatera”?

Piotr Tymochowicz:
Tak, po prostu tak i nic więcej. Udowadniam to w praktyce od 27 lat.

Jacek Gadzinowski:
Ile jest wizerunku, PR w Piotrze Tymochowiczu?

Piotr Tymochowicz:
Tyle samo ile jest wizerunku Jacka Gadzinowskiego w Jacku Gadzinowskim. Różnica między nami polega jedynie na tym, że skoro od 27 lat się tym zawodowo zajmuję, może potrafię się lepiej zdystansować do własnego wizerunku niż Pan, a tym samym lepiej zdaję sobie sprawę z tego, że to co dla Pana jest iluzją bycia sobą jest tylko pozą, samooszukiwaniem się i chęcią zaimponowania.

Ja nikomu nie muszę ani imponować, ani nikomu nie muszę się podlizywać, stąd odpowiedź że 100 procent jest równie dobrą odpowiedzią, że 0 procent.

Jacek Gadzinowski:
Czym zajmował się Pan w ostatnim czasie?

Piotr Tymochowicz:
Obecnie pracuję nad projektem Bramy do Wieczności w technologii AR (Augmented Reality). Projekt „Solaris Gate” jest czymś znacznie więcej niż pierwszą na świecie propozycją społeczności nowej generacji. To nie jest facebook czy nasza klasa – to miejsce naszej aktywności, które może służyć innym w nowy, zaskakujący sposób. Tak jak technologia AR zaciera różnice pomiędzy światem wirtualnym a realem, tak pomysł rozszerzenia naszej indywidualnej linii życia na całą Wieczność, zacierać będzie różnice pomiędzy tymi którzy odeszli, a aktualnie żyjącymi. Mądrość rozproszona, mądrość milionów, świadomość jak Borg to nasza przyszłość. Przyszłością będzie także język, który powstanie na styku tych światów.

Jacek Gadzinowski:
Jakich reakcji środowiska internetowego i odbiorców produktu Pan oczekuje?

Piotr Tymochowicz:
Nie przejmuje się specjalnie reakcjami środowiska, ponieważ jestem przyzwyczajony, że w Polsce „psy szczekają, a karawana jedzie dalej”. W moim przypadku tak było przez całe moje życie. Zależy mi na tym, aby projekt zaistniał w USA, Rosji i Chinach, a znając serwilistyczny stosunek do supermocarstw wtedy zostanie doceniony również i u nas, choć przysięgam, że nie jest to dla mnie najważniejsze. Cieszy mnie wielkie zainteresowanie, emocje jakie wzbudza ten produkt, ale jednocześnie proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, zwłaszcza że szereg funkcji będzie wprowadzanych w ciągu roku. Wierzę w ten projekt, w stojących za nim ekspertów i z chęcią zapoznaje się z konstruktywnymi opiniami, do wyrażania których gorąco zachęcam. Serdecznie zapraszam na stronę Tymochowicz.net, na której będą sukcesywnie prezentowane kolejne informacje na temat Solaris Gate.

Jacek Gadzinowski:
Panie Piotrze, dziękuję serdecznie za rozmowę.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 2
 

Twarzoksiążka zmienia oblicze Internetu

Zgodnie z otwartą formułą bloga, zapraszam do gościnnego wpisu Mirka Usidusa.

————————————

Wbrew profesjonalnym „narzekatorom”, uważam, że zorganizowana przy okazji istotnego dla ARBO interactive eventu konferencja Facebook Now była interesująca.

Nie będę przynudzał sprawozdaniem, zwłaszcza, że łatwo znaleźć w Internecie wszystkie wystąpienia i prezentacje. Dość powiedzieć, że kto chciał, ten mógł się w ciągu tego dnia w warszawskich Złotych Tarasach sporo dowiedzieć. Dla mnie istotne były te rzeczy, o których nie wiedziałem, ale to też zostawmy.

Facebook stał się tematem modnym i w branży mediowo-internetowej, ostrzegam, trzeba się spodziewać rozmnożenia wypowiedzi na jego temat. Nie, żeby ludzie mieli coś na ten temat interesującego, czy nowego, do powiedzenia, ale niejako pod presją – znacie pewnie ten mechanizm – dyrektor musi mieć coś do powiedzenia, skoro kierownicy się wypowiadają itd.

Myślę, że mnie, posiadaczowi prawdopodobnie najstarszego polskiego konta na Facebooku też wolno dorzucić parę groszy.

Wyrażę to punktach, ale wbrew pozorom niezbyt systematycznie. Ot, parę ponumerowanych myśli.

1. Facebook (twarzoksięga) to „inny” lub „drugi” Internet. Ta opinia, czy, jak to lepiej chyba wyrazić, wrażenie, przewija się w rozmowach z wieloma doświadczonymi internautami, którzy od niedawna próbują Facebooka. Kiedy w połowie 2006 roku zakładałem tam swó profil, FB był po prostu jedną z wielu społecznościówek, które w ramach świeżej mody na Web2.0 rozkwitały za oceanem.
Teraz jest „czymś innym”. Doświadczenie Facebooka nie jest „surfowaniem po Internecie”, jakie znamy z dawnych lat. Nie przypomina też oczywiście korzystania z wyszukiwarki Google w poszukiwaniu newsów czy innych potrzebnych informacji, usług.

Pewnym wstępem, przygotowaniem do „Facebook experience” były społecznościowe news-agregatory, jak np. Digg czy u nas Wykop. Jednak tam wciąż jest coś takiego, jak „ogólna”, „obiektywna” strona główna serwisu. FB jest rozwinięciem i konsekwentnym doprowadzeniem do końca idei dzielenia się linkami, zdjęciami, informacjami na zasadzie społecznościowej i w nim każdy struktura treści jest dla każdego użytkownika indywidualna.

2. Może to dziwnie dla niektórych zabrzmi, ale, jeśli chodzi model użytkowania twarzoksięga znacznie bardziej przypomina tradycyjny sposób oglądania telewizji, niż korzystanie z Internetu. Na FB po prostu się siedzi i spędza czas, choć generalnie użytkownik wykazuje nań jednak wciąż więcej aktywności niż „kanapowy ziemniak” z pilotem w dłoni.

Jednak w miarę rozwoju multimediów i szybkich łączy, oraz umasowienia korzystania z FB może dojść do takiej sytuacji, że widoczna w nim obecnie aktywność ograniczy się do pewnego marginesu, żeby nie powiedzieć, elity. Co ciekawe przejawy tej aktywności, np. dyskusje mogą stać się swoistymi „widowiskami” dla w większości biernej rzeszy użytkowników. Takie rzeczy zresztą już się w społecznościówkach spotyka.

3. Twarzoksięga jest bardziej fair, jeśli weźmiemy pod uwagę szanse przebicia się z ciekawym, oryginalnym, wartościowym „kontentem”. Bardziej fair niż Google oczywiście. W Facebooku nie ma dyktatury SEO z nieustanną presją na tworzenie treści „pod pozycjonowanie”, czyli stereotypowej, pewnej określonych, nieustannie powtarzanych słów kluczowych, co sprawia, że treści mediów internetowych prymitywizują się albo infantylizują.

Oczywiście treści, które chcielibyśmy promować na FB też powinny być przyzwoicie opisane, bo i tu także jest wyszukiwarka i jeśli nam zależy, aby ktoś tą drogą do nas dotarł, to nie powinniśmy pewnych rzeczy zaniedbywać.

Jednak głównym mechanizmem wydobywczym jest mechanizm społecznościowej rekomendacji, „share’ujące” kręgi przyjaciół, grupy, fan-pages itd. I, jak sądzę, oznacza to dla ludzi, czy mediów proponujących coś naprawdę ciekawego, sporą szansę, po męczących czasach dyktatu „pierwszej strony w Google”.

4. Facebook jako taki jest tylko „infrastrukturą komunikacyjną”, który łączy ludzi, informacje, firmy. On nie zastępuje treści tylko umożliwia ich propagację i z drugiej strony – dotarcie do nich, tak jak pociąg nie zastępuje domu, choć spędzamy w nim (zwłaszcza ostatnio) wiele godzin, a tylko do domu zawozi.

——————-

0,03 PLN Jacka Gadzinowskiego:
Ze swojej strony dodam, że Facebook zaczął w ostatnich 3 miesiącach dość znacząco zmieniać zachowania ludzi. Traktują go jako „stronę startową”, miejsce poszukiwania informacji i imprez, trendów, zabijania czasu i rozrykę. Używają zamiennie zamiast komunikatora czy maila. Po co korzystać z wielu narzędzi, skoro to wszystko można mieć w Facebooku, odpowiadają mi gdy ich pytam.
To także miejsce, skąd rodzi się wiele trendów, popularność memów czy też filmów które później lądują na wykop.pl czy joemonster.org. Skoro zatem, wszystko: rozrywka, informacja, gry, jest tutaj – po co korzystać z innych miejsc? I tu tkwi setno – Facebook jak wampir wysysa aktywność z komunikatorów, blogów, komentarze z innych miejsc. Składnia też twórców i autorów blogów do republikacji i „zajawianiu” materiałów/wpisów tutaj. Jest szybszy i bardziej „wirusowy” w rozchodzeniu się informacji niż mikroblogi, komunikatory. O ile oczywiście w danym momencie nie szwankuje newsfeed.
Nie bez wzajemności. Facebook oddaje całkiem dobry ruch – w moim przypadku zaczyna to być ok. 15-20% dziennego ruchu, wizyty są dłuższe i głębsze. Wiele osób po raz pierwszy dowiaduje się o tym blogu. Szybciej też zawierane są znajomości i wymieniane poglądy na różne tematy. To znacznie szybszy i wygodniejszy sposób komunikacji. Pytanie, co będzie za 12-18 miesięcy, gdy Facebook w Polsce będzie stanowił poważny % ruchu. Odpowiedz jest jedna, kogo tu nie będzie – nie będzie istniał jako marka, produkt, osoba (jeśli prowadzi działalność publiczną czy gospodarczą). Dostrzegam już dzisiaj, gdy ludziom po prostu przestaje się chcieć przeglądać Internet i wszystkie swoje potrzeby zaspokajać zaczynają w Facebooku. Ludzie zawsze dążyli do wygody, warto o tym pamietać i korzystać z tego w swoich planach i realizowanych strategiach.


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 10
 

Zakazany Hitler i „melanż ostateczny”

Szykuje się „pier…nięcie”, a wszystko za sprawą plakatu zapraszającego na imprezę (zwaną Melanż ostateczny) na Ząbkowskiej w Warszawie. Znana przeróbka filmu „Upadek” stała się inspiracją. Jak widać nie dla wszystkich zrozumiałą.

W sylwestra 2009 pojawił się na Youtube film, z Hitlerem i jego kolegami (wcześniej spierali się o Jadłodajnię i trendy klubowe), w konającej Trzeciej Rzeszy i bunkrze. Rozmawiają o imprezach, modzie i stylu życia. Ostro, ironicznie potraktowany został „hype” na punkcie Facebooka i aktywności z nim związanym (gry, quizy i powiadomienia o wydarzeniach)

Film szybko zdobył swoich wiernych fanów i wyznawców, których ujął całą paletą „ciętych ripost” i nie sztampowego języka. Powiedzonka z tego filmu trafiły do szerokiego grona odbiorców i zaczęły mieć wpływ na kulturę, muzykę i zachowania ludzi. Teraz nagle każdy jest „trendi”: chodzi na „domówki”, ”melanżuje”, wie kim jest Bonkers, Porucznik Jaszczur, lubi „wp… plankton” . Ale wie też, że (za przeproszeniem) „liczy się pierdolnięcie”, bez którego nie ma dobrej zabawy, nie ma się w życiu przebicia lub po prostu ma się już tego wszystkiego wokół dość.

Bonkers, jest dzisiaj dobre elektro na mieście?

Cytując jeden z komentarzy pod filmem na Youtube: „Epic. swietnie obrazuje warunki w stolicy i to bezsilne poczucie ogarniajace ekipe gdy obeszlo sie juz pare miejsc gdzie powinno sie cos dziac… to poczucie ze gdzies tam niewiadomo gdzie jest ten melanz gdzie electro rozpierdala sufit. btw ten sam problem mam na facebook i gronie, chyba zrobie alias konta i zaprosze tylko kluby ;/”

Czy trzeba o lepszą receptę opisującą rzeczywistość? Pół miliona wyświetleń filmu na pewno wywarło wpływ na nasze życie. I jego odbiorców… a za chwilę film bedzie jeszcze bardziej popularny.

Dlaczego? Teraz każdy chce być komendantem melanżu, niektórzy robią „epickie imprezy”… inni zapraszają na melanż ostateczny, na którym nie ma Poker Face autorstwa wątpliwej „gwiazdy” Lady Gaga. Gdzie jest granica pastiszu, humoru a gdzie prawo… próbują odpowiedzieć media i prokuratura, która nagle obudziła się. Niekoniecznie rozumiejąc co się dzieje wokół niej. Ciekawy jestem gdzie w tym wszystkim miejsce na „research” informacji?

Jak podaje TVN Warszawa:
„Mieszkańcy Pragi są zniesmaczeni, szefowie klubu uważają, że plakat jest zabawny. A prokuratura przypomina, że za wykorzystywanie symboli nazistowskich grozi kara do dwóch lat więzienia. Wizerunek tańczącego Adolfa Hitlera i nazistowski orzeł – tak wygląda plakat promujący imprezę “Melanż ostateczny” w klubie “Skłot” na ul. Ząbkowskiej. – To może być zabawne – uważa Kalina Koślińska z klubu “Skłot”. Nie wszyscy podzielają tą opinię. – Jestem tym po prostu ogromnie zaskoczony, zdumiony i z trudem do mnie dochodzi, że w roku 2010 może dojść do tego rodzaju publikacji – dziwi się Edmund Baranowski, uczestnik Powstania Warszawskiego.”

Twórcy plakatu, podjęli ryzyko zabawy twórczej i prowokacji, na pewno znając konsekwencje odbioru takiego przedstawienia Adolfa H. Ośmieszenie nazistowskiej symboliki to zbrodnia? Ktoś tutaj musi czegoś nie rozumieć, żeby się oburzać. Nie znać konwencji.

Cytat z Facebooka: „Grają tutaj głównie skojarzenia? Ta postać jest podobna do Hitlera, ale tak naprawdę może to być ktokolwiek. Wąsy są grą cienia nosa. Możliwość rozpoznania twarzy została znakomicie utrudniona okularami. Na dodatek postać nosi garnitur, podczas gdy Hitler od lat trzydziestych nosił różnego rodzaju mundury. Także błyskawice nie przypominają runy Sig, więc skojarzenia z SS są wyłącznie „kojarzeniem wszystkiego z d…” ;)”

W czasie okupacji też śmiali się z Hitlera. I stawiam, że o wiele ostrzej. Ale… czy jesteśmy w Polsce gotowi do rozmowy na ten temat, czy też jak mówią niektórzy pozwolimy Hitlerowi wejść do kanonu pop kultury? Wszakże komunistyczni władcy i satrapowie już tam są. Zamknąć do więzienia Tarantino, twórców „Allo, Allo”, bo mogli stać się inspiracją?

Cytat z Facebooka: „Plakat ‚granice’ przekracza ale wpisuje się w trend modnych w ostatnich miesiącach parodii filmu ‚Upadek’, które można wyszukać na youtube. Wierzę, że autor świadomie do nich nawiązał. Nie ma sensu doszukiwać się tu promowania treści faszystowskich. Problemem jest zmarketyzowanie osoby Hitlera, który nijak kojarzy mi się z dobrą imprezą.. z imprezą wogóle.”

BTW. Z Adolfa H.  szydzono podczas 2 wojny światowej np. w taki sposób:


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 15
 

Lipdub, kolejna moda czy natręctwo

Był Jozin z Bazin, Kononowicz, lolcatsy, jestem harkorem… nadeszła pora na Lipdub. Czy czeka nas kolejny wysyp filmów, przeróbek i memów?

Lipdub. Ten termin pochodzi od dwóch terminów filmowych; lip synchronization (dopasowywanie dźwięku do ruchu warg) oraz dubbing (tworzenie ścieżki dialogowej, polegające na zastąpieniu ścieżki oryginalnej inną wersją językową). Za twórcę tej zabawy uważa się Jacoba Lodwicka (założyciel vimeo.com). To on pierwszy kilka lat temu chodził po swoim mieście ze słuchawkami na uszach i podśpiewujac kręcił film. W domu pod swój ,,utwór” podłożył oryginalną ścieżkę dźwiękową. Sam autor „wynalazku” świetnie zdefiniował czym tak naprawdę jest LipDub, jako swego rodzaju „podkładanie” ruchu ust do danej piosenki, własna interpretacja utworu, której efektem jest nakręcony teledysk.

LipDub szybko stał się popularny wśród internautów, którzy śladem Lodwicka zaczęli tworzyć kolejne tego typu nagrania. Kamera, piosenka i pomysł na stworzenie własnego lipdubu wystarczą, aby każdy mógł poczuć się jak gwiazda muzyki.

W 2007 roku pojawiły się pierwsze grupowe nagrania. Dużą popularność lipdub zyskał wśród białych kołnierzyków. Tak powstała cała seria office lipdub. Pracownicy biurowi odrywają się od obowiązków i wykorzystują swoją kreatywność w niecodzienny sposób.

W końcu Lipdub dotarł do Polski, nieco spóźniony… ale jest.

Zastanawiam się, kiedy ta konwencja zostanie wykorzystana w kampaniach reklamowych. Wszakże, zawsze warto podczepić się już pod istniejące trendy? Flash-moby już zostały skonsumowane do cna.

Jako puentę, zaprezentuje pewne znalezisko z youtube.com. Podobno Lipdub został „wynaleziony” w 2006, a Mann i Materna już takie rzeczy robili lata temu… i  kto tutaj jest mistrzem ;)?


Przeczytaj więcej | Dodaj komentarz | 10
 
  1. Strony:
  2. 1
  3. 2